____ IDEA


Jesteśmy zanurzeni w mieście i miejskości.

Mieszkamy w Katowicach i codziennie korzystamy z przestrzeni, która tutaj powstaje. Właściwie to tworzymy ją za pomocą naszych działań zderzonych z decyzjami i wyborami innych użytkowników. Ten kontekst interesuje nas najbardziej. Czujemy się współodpowiedzialni za miasto, chcemy więc je lepiej rozumieć i mieć wpływ na to, jak funkcjonuje.


Kolektyw Miastoprojekt: Michał Kubieniec, Paweł Jaworski
________________________________________________________________________________________




piątek, 23 stycznia 2015

KULTURA JEST WAŻNA DLA ROZWOJU MIASTA


O znaczeniu kultury dla rozwoju miasta mówi się w Polsce od dobrych kilku lat. Największe natężenie dyskusji i widoczności tego zagadnienia mogliśmy obserwować w trakcie starań jedenastu dużych polskich miast o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku. Przekładało się to również na wzrost środków finansowych przeznaczanych z budżetu miast na kulturę oraz powoływanie nowych, funkcjonujących często na trochę innych zasadach niż wcześniej instytucji kultury oraz wyraźnie widoczne zabieranie głosu oraz działanie coraz młodszych ludzi o „świeżym spojrzeniu”. Po zakończeniu konkursu i ogłoszeniu Wrocławia zwycięzcą natężenie systematycznie spada, ale nie zanika, a dyskusje przybierają trochę innych tok.
Aktualnie kultura powraca najmocniej w kontekście tworzonej przez Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju Krajowej Polityki Miejskiej. Coraz poważniej kontynuowane są bowiem dyskusje o znaczeniu dla miasta polityki kulturalnej. Świadczy o tym między innymi powołanie przy Narodowym Centrum Kultury Zespołu ds. Miejskich Polityk Kulturalnych, zaangażowanego między innymi w konsultowanie ministerialnego dokumentu. Ów zespół w artykule „Kultura dla polityki miejskiej” podkreśla znaczenie kultury dla rozwoju miasta. Upatruje w niej źródeł umożliwiających wzmocnienie procesów rozwojowych oraz łagodzenie negatywnych skutków (…), [ponieważ – przyp. M.F.] tworzenie polityki kulturalnej i rozwój kultury należy uznać za jedno najbardziej skutecznych narzędzi uspójniania społeczności, a więc realizacji idei zrównoważonego rozwoju. Poza tym zdaniem Zespołu wykorzystywanie kultury i polityki kulturalnej jako czynnika rozwoju przyczynia się do włączenia mieszkańców w życie miasta, wzrostu atrakcyjności i konkurencyjności miasta, tworzenia więzi społecznych i zakorzenienia, sukcesu wszelkich procesów ingerujących w przestrzeń publiczną oraz pogłębienia współpracy międzysektorowej. To mocne argumenty, przemawiające za koniecznością wprowadzenia tak naprawdę systemowych rozwiązań, które pozwoliłyby na realizowanie działań kulturalnych, przyczyniających się do realnych zmian w mieście.
Widać tutaj wyraźnie, że kultura jest w Polsce interpretowana przede wszystkim jako narzędzie zmiany. Możemy mówić o zmianie społecznej, a nawet politycznej, niemniej wyraźnie oczekujemy zmiany, ale także coraz bardziej chcemy się w nią angażować. Kultura bowiem już dawno zatraciła swój elitarny charakter i coraz częściej jej tworzenie polega na budowaniu rzeczywistego, a czasami aktywnego uczestnictwa. Poza tym, jak słusznie zauważa Bożena Gierat-Bieroń, wzrastają w Polsce poczucie współodpowiedzialności za kulturę oraz aspiracje do współzarządzania kulturą w mieście, ponieważ kultura to przede wszystkim ludzie – ludzie w niej uczestniczący i ją tworzący.

Szczególnie istotna jest tutaj rola tych ostatnich, którzy nierzadko stoją przed przeciwnościami nie do przeskoczenia. Właśnie dlatego wspominane już systemowe rozwiązania są tak ważne, a zaraz za nimi wzrost środków finansowych w budżetach miast. Równie ważne jest zwiększenie zainteresowania finansowaniem przez podmioty prywatne. Miasto atrakcyjne pod względem oferty kulturalnej, to miasto oferujące z reguły wysoką jakość życia. Kultura bowiem nie tylko jest narzędziem zmiany, ale odzwierciedla rozwój miasta w innych obszarach. Ten rozwój jednak nie powinien być narzucany z góry. Kluczowy jest tutaj głos mieszkańców, którzy najlepiej wiedzą czego potrzebują w mieście, by chcieć w nim żyć i dobrze się w nim czuć. Miejska polityka kulturalna powinna mieć zatem ludzkie oblicze, bo bez tego nasze wielkie marzenia o idealnych do życia miastach nigdy nie zaczną być realizowane. Nie oczekujmy jednocześnie, że zmiana w podejściu do kultury w polskich miasta odbędzie się bez naszego udziału i już dziś zabierajmy się do pracy.

Martyna Fołta- Kulturoznawczyni, kurator. Prezes Stowarzyszenia Moje Miasto. Mocno zaangażowana w starania Katowic o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Przygotowuje na Uniwersytecie Śląskim pod opieką dr hab. prof. UŚ Marii Popczyk  rozprawę doktorską pt. "Estetyka a polityka. Sztuka współczesna w miejskiej przestrzeni publicznej". W kręgu jej zainteresowań znajdują się: muzeum, kuratorstwo, sztuka współczesna, filozofia, estetyka, miasto, przestrzeń publiczna, społeczeństwo, polityka kulturalna oraz zarządzanie kulturą.

środa, 21 stycznia 2015

DLACZEGO POTRZEBUJEMY MIASTA OGRODÓW


Instytucja Kultury Katowice – Miasto Ogrodów powstała z dawnego biura ESK Katowice 2016, koordynującego działania w konkursie Europejskiej Stolicy Kultury. Konkurs zakończył się przegraną Katowic, jednak miasto podjęło decyzję o zachowaniu instytucji i kontynuacji wdrażania stworzonego przez nią programu. Oczywiście program miał być realizowany w skromniejszym wymiarze. Dzisiaj zdania na temat  funkcjonowania instytucji są bardzo różne. Część osób nie widzi sensu w utrzymywaniu kolejnego molocha urzędniczego. Inni domagają się odmiennego podziału środków finansowych na kulturę, odbierając tym samym środki IK KMO. Niektórzy chcieliby, żeby instytucja organizowała liczne imprezy o wysokim poziomie artystycznym, które byłyby rozpoznawalne i promowały miasto. Zdarzają się również głosy o potrzebie sprofesjonalizowania biura, polegającego na wprowadzeniu do niego kuratorów, pracowników kultury czy menadżerów z wiedzą i doświadczeniem, a nie tylko studentów kulturoznawstwa (sam nim kiedyś byłem, żeby nie było). Natomiast władze miasta bezkrytycznie bronią swoich decyzji twierdząc, że IK KMO robi bardzo dużo dobrego dla miasta. Między tymi wypowiedziami znajduje się instytucja z ogromnym potencjałem, realizująca ciekawe projekty, jednak według mnie nie do końca wiedząca, w którą stronę podążać.  

Oczywiście możemy IK KMO zamknąć i zaoszczędzić trochę grosza. Wydaje mi się jednak, że na tle innych instytucji kultury w tym mieście i tak wypada ona nadzwyczaj dobrze. Miałbym paru innych i ciekawszych faworytów do likwidacji. Możemy również postawić na wielkie wydarzenia i światowych artystów. Stworzyć coś na kształt Krakowskiego Biura Festiwalowego. Tylko czy naprawdę chcemy w mieście festiwalizacji kultury? I czy mamy publiczność, która będzie z niej korzystała? Na pewno uzyskamy medialny sukces, ale czy zajdzie jakakolwiek społeczna zmiana w naszym mieście? Czy grupa aktywnych uczestników życia kulturalnego się powiększy? Śmiem twierdzić, że nie. Na pewno trzeba rozmawiać o profesjonalizacji biura czy podziale środków na kulturę w mieście, bo to tematy ważne. Pierwszy to sprawa priorytetowa dla każdej instytucji, która chce dobrze wypełniać swoje zadania. Drugi jest niezbędny dla zdrowego funkcjonowania kultury w mieście. Przede wszystkim jeśli nie chcemy jej monopolizacji. Tylko rozmawiajmy o tym rzeczowo i w oparciu o fakty, a nie emocje i chęć ugrania prywatnego interesu. Bo kultura to wspólna sprawa. Moim zdaniem w tej całej dyskusji nie zadano dotychczas najważniejszego pytania. Jakiej kultury chcemy i potrzebujemy w Mieście Ogrodów?  

Instytucja Kultury Katowice – Miasto Ogrodów może być ważna i potrzebna dla miasta. Musi jednak odpowiedzieć sobie na pytanie czym chce być i jaką kulturę chce uprawiać. Zalążki odpowiedzi, którą ja bym chciał usłyszeć już się tam znajdują. Zawierają się one w kilku realizowanych projektach, takich jak  jak Medialab, Biuro Dźwięku, Plac na Glanc czy Ambasada Młodych. Ktoś mógłby zapytać co to za projekty. Ciężko o nich gdziekolwiek przeczytać. Jaki w nich walor promocyjny? Żaden, bo to projekty niszowe, nastawione na proces, budowanie i aktywizowanie społeczności. Monotonna i żmudna praca, której efektem może być powstanie w Katowicach społeczeństwa obywatelskiego, zaangażowanego w sprawy miasta i chcącego współtworzyć kulturę w tym mieście, a nie tylko konsumującego i biernie przyglądającego się poczynaniom nielicznych aktywnych. To projekty, które według mnie w Katowicach mają sens, jeśli chcemy posiadać świadomą kultury publiczność, której aktualnie nie mamy i jeżeli chcemy zwiększyć niewielkie dzisiaj grono twórców kultury. Moim zdaniem musimy budować silne i liczne środowisko, żeby za parę lat nie okazało się, że kulturę w mieście dalej tworzy się tylko w paru instytucjach kultury, a inicjatywy oddolne można policzyć na palcach jednej ręki. Projekty takie jak Medialab czy Biuro Dźwięku kształcą ludzi z kompetencjami, którzy w przyszłości będą współtworzyć kulturalny pejzaż Katowic,wzbogacając go o nowe niezależne inicjatywy. Nawet kwartalnik KTW może stać się pismem zrzeszającym lokalnych dziennikarzy, blogerów czy pisarzy. Aktywizującym ich i dającym szanse do udziału w dyskursie o kulturze w Katowicach.

Działania IK KMO powinny iść w kierunku przekształcenia projektów na długofalowe, procesowe myślenie o kulturze.. To nisza, którą ta instytucja powinna się zająć. Tego Katowice potrzebują zdecydowanie bardziej niż kolejnego wielkiego festiwalu. Jest to misja na pewno mniej efektowna, medialna i przez to narażona na krytykę, co nie zmienia faktu, że jej rezultaty mogą być bardzo satysfakcjonujące. Tylko powolna praca z ludźmi, w dzielnicach, nastawiona na społeczną zmianę, może sprawić, że staniemy się miastem kultury i będziemy mieli dla kogo i z kim robić wszystkie te piękne imprezy, festiwale i wydarzenia w mieście. Nie tylko te hipsterskie. Choć czasem też się dobrze zrelaksować na eko pikniku, z kawusią, przy dobrej muzyce. Bez ironii. Ale najpierw sprawmy, żeby wszyscy mogli w tej kulturze uczestniczyć. I to jest najważniejsze zadanie dla IK KMO na najbliższe lata. Mam nadzieję, że uda się je zrealizować. Choćby częściowo.

Michał Kubieniec

niedziela, 18 stycznia 2015

MIASTO WERBUSÓW


Na moim stosie "Zaległości z 2014 roku" pozostał jeszcze tylko jeden z numerów "Polityki", który był poświęcony Śląskowi, a przede wszystkim "pierońsko gryfnym Katowicom". Teraz zatem po niego siegam.
Dlaczego w ogóle do niego wracam? W środku pojawił się zestaw klisz tak dobrze znanych wszystkim, którzy tu mieszkają, ale nie "som stond". I nie zawsze chcą być. Nie są one dla mnie i dla wielu innych osób oczywiste, jednak ciągle powracają w debatach o tym miejscu. Chociażby o jego życiu politycznym, społecznym i działających tu instytucjach kultury (np. Muzeum Śląskie). O co konkretnie chodzi? O przymusową germanizację oraz polonizację. O figurę Innego. O dyskurs tożsamościowy oraz pytanie o tradycję i zakorzenienie. O utopijne i zachwycające wyobrażenie o wspólnocie górniczej oraz dystopijne i przerażające o jej rozkładzie. Wreszcie o ideę "małej ojczyzny", w domyśle przeciwstawionej "dużej ojczyźnie". Umieszczonej oczywiście w kontekście (wyczerpanych już chyba) rozważań o Europie Regionów, którą zastępuje o wiele według mnie ciekawsza rozmowa o Europie Miast. Po reanimacji jest to również dyskusja o Europie Państw.
Czy musieliśmy otrzymać taki właśnie zestaw? "Polityka" chciała sportretować Katowice, a namalowała wizerunek z profilu. Dość skrzywiony, wydestylowany i - niestety - do bólu stereotypowy. Bardzo duża część doświadczenia mieszkańców z tego powodu wyparowała. W szczególności opowieść o mieście, do którego można z dnia na dzień przyjechać, rozpocząć od przysłowiowego zera i w miarę łatwo realizować swoje plany. Jeżeli tylko jest się wystarczająco upartym, konsekwentnym oraz nastawionym na współdziałanie. Tak przedstawiał się Górny Śląsk moim rodzicom i w ogóle całej rzeszy werbusów. Ludziom, którzy ściągali tu w poszukiwaniu miejsca dla siebie z rożnych stron kraju w pierwszych, euforycznych latach dekady Gierka, ale również w okresie późniejszego kryzysu gospodarczego. Przyjeżdżali przede wszystkim za pracą, którą znaleźli właśnie w "siedlisku nowoczesności (...), retorcie kolosalnej" (Stefan Żeromski). Zamieszkali w jednej z "betonowych szuflad" – jak bloki wielkopłytowe nazywał Karol Habryka – wraz z innymi werbusami. Z tego powodu nie musieli identyfikować się z czymkolwiek. Z żadną tradycją lokalną, a właściwie konkretnym, wybiórczym wyobrażeniem o jej kształcie. Nikt ich też o odstępstwo od ortodoksji nie mógł oskarżyć.
W taki sposób odkrywam teraz ten obszar sam dla siebie.
Wskazany komentarz do artykułów w "Polityce" spotkał sie z wieloma zarzutami. Wytknięto mi m.in. to, że patrzę na Katowice z perspektywy własnego, ale jednocześnie dość powszechnego doświadczenia, które nic nam nie mówi o wyjątkowości Górnego Śląska. Teraz chciałbym na ten argument odpowiedzieć przywołując trzy intuicje.
Po pierwsze: budowanie i badanie idei miasta nie musi w ogóle odwoływać się do rozważań o regionie, w którym funkcjonuje, ponieważ różnorodna kultura miejska ma swoją własną, wewnętrzną i względnie autonomiczną wartość. Z tego powodu nie można posłużyć się figurą pars pro toto i powiedzieć, że esencją Górnego Śląska są Katowice. Tak jak Katowice to nie jest wyłącznie Górny Śląsk. Co więcej, może być ona również niespójna ze względu na wyjątkową historię, kulturę i topografię układu dzielnic.
Po drugie: w pojęcie tożsamości wcale nie musimy wkładać elementów unikatowych. Możemy ją - odmiennie - uznać za specyficzne i świadome układanie różnych treści, które przywozimy z wielu miejsc. Nie musimy zatem rozmawiać o tym, co otrzymujemy w spadku i dziedziczymy, ale o tym, co nadaje nam spójność i jest efektem naszej pracy. Nad sobą oraz swoim otoczeniem. Zamiast rozważań o tożsamości-rzeczy proponuję więc debatę o tożsamości-procesie.
Po trzecie: brak za-korzenienia nie musi od razu oznaczać wy-korzenienia, jak chcieliby moi krytycy. Bycie werbusem to nie jest stan przypadkowy i przejściowy. To określony i pozytywny światopogląd, który domaga się uznania. Uświadamiam to sobie w trakcie codziennych działań, ale również zderzając się z „twardymi” i „miękkimi” narracjami tożsamościowymi. Opisanymi w doktoracie Zofii Oslislo-Piekarskiej o “nowych Ślązakach” i designie, czy tekstach, które o Górnym Śląsku publikuje teraz Instytut Obywatelski.
Od razu zaznaczam przy tym, że we wszystkich wylistowanych przypadkach "nie musi" wcale nie oznacza od razu, że "nie może". Moim zadaniem jest jednak odnowienie przepięknego modernistycznego wyobrażenia (i marzenia) o Katowicach jako mieście przyjezdnych, którzy nie potrafią lub nie chcą się zakorzenić, ale jednocześnie wybierają opcję pełnego zaangażowania w rozwój tego miejsca. W mojej opinii to metafora, która może nam bardzo pomóc w zrozumieniu racjonalności takich decyzji. Pisząc i mówiąc o takich Katowicach będę zatem konsekwentnie używał pojęcia "włączanie się", odsyłając do terminu "obywatel plug-in", którym posługuje się Krzysztof Nawratek. Będę uciekał tym samym od słowa "przynależność", które zawsze zakłada podporządkowanie się. I "mocny" status tej przestrzeni, w której lądujemy.
Mój werbus werbuje się chętnie do życia miejskiego i na nie wpływa. Nie przynależy jednak do żadnej, jakkolwiek zdefiniowanej lub wyobrażonej społeczności górnośląskiej. Tym bardziej nie tworzy alternatywnej wspólnoty werbusów ze ścisłymi regułami selekcji i ograniczaniami dostępu. Nie może być inaczej, ponieważ nie podziela z innymi niczego ponad wolę współpracy. Odsłaniając karty: nie chcę nadmiernie przeceniać środowiska, w które jako werbus wchodzę po przeprowadzce do Katowic. Kontekst, w którym się znalazłem ma dla mnie oczywiście znaczenie i dlatego biorę go pod uwagę, gdy tutaj działam. Nic jednak ponad to. Uciekam tym samym od postmodernistycznego resentymentu, który wikła się w polityczny paradoks jajka - polis i kury - jednostki. Jednocześnie unikam liberalnego mitu wyzwolenia się z wszelkich ograniczeń i nieskrępowanej mobilności. Przekierowuję dyskusję o Katowicach z kolein wyżłobionych przez pytanie “co nas rożni?” na tory pytania “co możemy razem zrobić?”. Nie koniecznie drążąc uprzednio, skąd i kim jesteśmy.
W tym momencie chciałbym jeszcze powrócić do najlepszego ćwiczenia intelektualnego, które pozwala bronić się przed tradycją i zdefiniowanymi tożsamościami. Jest nim oczywiście dokładne studiowanie historii. W tym kontekście budowanie świata na poziomie minimum - werbowania, czyli przeprowadzki za pracą - odwołuje się do pewnie trochę już zapomnianego, ale typowo górnośląskiego doświadczenia wyjazdu do Altreichu w poszukiwaniu wyższych zarobków. Dziś nie pamiętamy, że na początku XX wieku był to najpoważniejszy problem lokalnych przedsiębiorstw przemysłowych, które pod względem wysokości pensji nie były w stanie konkurować z kopalniami i hutami w Zagłębiu Ruhry. Nie zwracamy uwagi na to, że z tej oto otwartości na poszukiwanie lepszego miejsca zrodziło się wiele istotnych treści kulturowych. Jakich konkretnie? Chociażby myślenie o lepszym projektowaniu kolonii robotniczych. Ponadto - pisząc nie całkiem poważnie - jedno z trzech najważniejszych świąt, których nazwy zaczynają sie na literę “G”. Grosse Pake, które pojawia się w towarzystwie Geltag oraz Geburtstag.
Czy takiego werbusa nie określa jednak współcześnie nijaka “tożsamość supermarketu”, która tworzy przestrzeń miejską i społeczną bez właściwości? Czy nie traktuje on Katowic jak jedno z miast, które leży na półce z rożnymi towarami: dzielnicami, społecznościami i wydarzeniami? Czy jest osobą, która wybiera tylko to, co mu w danej chwili odpowiada? Takim wydumanym zarzutom ostateczny cios zadaje praktyka. Bycie werbusem jest źródłem (nie tylko mojego) pełnego zaangażowania w sprawy miejsca zamieszkania, gdzie jedynym warunkiem włączenia jest zaakceptowanie reguł lub skuteczność pracy na rzecz ich gruntownej przebudowy. Pierwszą strategię przyjęłem na początku, żeby przygotować się do drugiej. Złożonej z działań kolektywu Miastoprojekt, Fundacji Napraw Sobie Miasto i grupy Pobudka Koszutka.
Moje miasto to Katowice katowiczan, czyli miejsce ludzi, którzy “wpinają się" w jego strukturę, a przez to ją przetwarzają i nadają jej nową logikę. Miasta, które tworzy wspólnotę przez pracę (również na jej rzecz), a nie jakąkolwiek zadekretowaną tożsamość - etniczną lub kulturową.


Paweł Jaworski

poniedziałek, 12 stycznia 2015

WPLĄTANI W GENTRYFIKACJĘ


Dyskusja o gentryfikacji w Polsce powoli nabiera rozpędu. W wielu dużych miastach problem się nie tylko dostrzega, ale zaczyna się o nim szczegółowo rozmawiać. W Krakowie o Kazimierzu. We Wrocławiu o Nadodrzu. W Warszawie o Pradze. Atakuje się modne kawiarnie, kluby czy galerie. Winnych szuka się wśród artystów, aktywistów czy po prostu hipsterów. Oskarża się ich o zawłaszczanie przestrzeni miejskiej. O komercjalizację dzielnic. I o coraz wyższe czynsze. W ten sposób oddalając się od sedna problemu. Błędnie definiując przyczyny. I nie szukając rozwiązań. Dyskutujemy pustymi sloganami, emocjami i strachem przed wszystkim, co jest nowe i jakąkolwiek zmianą. Nie próbujemy zrozumieć procesu. Nie posługujemy się danymi i wiedzą. A bez tego nie jesteśmy w stanie znaleźć wyjścia. Dlatego rzucamy też łatwymi hasłami i oskarżeniami. Tylko szkoda, że celujemy w złym kierunku.

Zacznijmy od stwierdzenia, że gentryfikacja, szczególnie ta gwałtowna, nagła i brutalna, może wyrządzić wiele złego. To nie ulega wątpliwości. Tylko czy obwiniając różne działające w mieście podmioty, wymienione przez ze mnie we wstępie, nie szukamy przypadkiem w nieodpowiednim miejscu? Sytuacja jest o tyle zabawna, że bardzo często ci, którzy rozpoczynali “modę” na pewne dzielnice rozkręcając w nich różne, twórcze miejsca, później się z tych terenów wynosili ze względu na ich dużą popularność. Oczywiście przy okazji potępiając kolejnych, którzy za nimi przychodzili. Kto z nich ma większe prawo do miasta? Dlaczego jedni mają, a inni już nie? Czy ci, którzy byli na początku, są z założenia lepsi od następnych? Czy nowe nie ma prawa się pojawić? Czy jest gorsze od starego? W jaki sposób oddzielić kawiarnię gentryfikującą od tej, która służy dzielnicy? Nie ma odpowiedzi na te pytania, ponieważ wszystko tu się przenika, mogąc stanąć jednocześnie po obu stronach konfliktu. Dochodzimy w ten sposób do ściany. Na podobnej zasadzie można by oskarżyć Fundację Bęc Zmiana, która zapoczątkowała swoją instalacją jelonkową modę na Powiśle. Tylko czy takie doszukiwanie się pierwszych gentryfikatorów ma sens? Czy coś wnosi do dyskusji? Czy to nie hamuje jakichkolwiek inicjatyw? Tak na prawdę to wszyscy jesteśmy wplątani w gentryfikację, a nic-nie-robienie i oskarżanie innych jest jeszcze gorsze. Jest zwykłą ucieczką od wzięcia odpowiedzialności.

Nie jestem w stanie również zrozumieć pewnej fascynacji rozpadającymi się dzielnicami, wśród wielu ich obrońców. Każdy remont, przebudowa, zmiana odbierana jest jako atak na klimat tego terenu. Niszczy jej niepowtarzalność. Unifikuje ją i banalizuje. Ciężko mi nawet takie zarzuty skomentować. Oddałbym po prostu głos samym mieszkańcom. Do tego dochodzi ciągły strach przed wzrostem wartości nieruchomości. Nie remontujmy budynków. Nie kładźmy nowych dróg i chodników. Nie doprowadzajmy komunikacji publicznej. Nie twórzmy skwerów i przyjaznych przestrzeni publicznych. Nie wspierajmy lokalnego handlu. Nie organizujmy miejsc pracy. Wszystko to grozi tym, że dzielnica stanie się przyjazna, a co za tym idzie: zacznie przyciągać nowych mieszkańców i ceny pójdą w górę. Tak na prawdę nie powinniśmy nic robić. Jakakolwiek aktywność jest niewskazana. Zmiana jest nie potrzebna. Dzielnica jest w rozkwicie.

Co w takim razie zrobić, żeby było lepiej, nie wpadając przy okazji w pułapkę gentryfikacji? Jak planować zmiany dla mieszkańców? Dla wszystkich. Bez podziału na starych i nowych. Ciekawym przykładem jest to co zaczyna się dziać w Łodzi. Rewitalizacja z prawdziwego zdarzenia. Nie dotycząca tylko infrastruktury, a skupiająca się również na społecznym wymiarze. Pytająca mieszkańców o zdanie i starająca się odpowiedzieć na ich potrzeby. Nie łudźmy się jednak, że gentryfikacja w tym przypadku nam odpuści. Każda zmiana na lepsze czy społeczna czy infrastrukturalna sprawia, że miejsce zachęca do inwestowania. Do mieszkania. Spędzania czasu. To wszystko wiąże się ze wzrostem wartości takiego terenu, również finansowym. W omawianym przypadku możemy jednak kontrolować zachodzące procesy. Mamy większą świadomość, kompetencje i narzędzia do ich przeprowadzania. Możemy też reagować od razu, gdy zobaczymy negatywne skutki naszych działań.

Przykład Łodzi pokazuje, że “winnych” nie warto szukać wśród różnych aktywnych osób. Lepiej zapytać władze naszych miast o to, w jaki sposób zarządzają procesem rewitalizacji. Jak nadzorują całość. Jak wygląda polityka lokalowa i mieszkaniowa na obszarze interwencji. Jakie wyznaczyły reguły gry dla deweloperów, którzy się na tym terenie pojawią. Komu te zasady tak naprawdę służą.

To, co my możemy zrobić, to wymuszać na naszych władzach, żeby taką politykę prowadziły. Żeby stwarzały możliwości do współistnienia starego z nowym, a nie wzajemnego zwalczania się. Tworzyły przestrzeń dla różnorodnych działań, adresowanych do różnych grup odbiorców. Miejsca, gdzie punkty komercyjne sąsiadują z ogólnodostępnymi. Gdzie mieszkania są osiągalne dla wszystkich.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Dlatego, że sam działam i prowadzę biznes na katowickiej Koszutce. Dzielnicy, która zmienia się dość dynamicznie. Do której chętnie wprowadzają się młodzi ludzie. Czy chcę się wytłumaczyć i poszukać uzasadnienia? Nie, po prostu czuję się odpowiedzialny za miejsce, w którym jestem i chciałbym je współtworzyć. Razem z Pawłem, z którym piszę bloga, a który również angażuje się w sprawy lokalne. Ponadto chciałbym, żeby Koszutka była miejscem dla wszystkich, którzy w niej mieszkają i w jakikolwiek korzystają z tego, co ma do zaoferowania. Żeby każdy się w niej dobrze czuł. I żeby o uczestnictwie w jej życiu nie decydowała tylko i wyłącznie grubość portfela.


Michał Kubieniec

niedziela, 23 listopada 2014

WCHŁANIAJĄC NOWOCZESNOŚĆ


Wizyta na Biennale Architektury w Wenecji w listopadzie wprowadza w stan zawieszenia. Kapryśna pogoda i poniedziałkowe podróże vaporetto po wyspach laguny sprawiają, że czas zaczyna płynąć w spowolnionym rytmie kuracji w sanatorium Berghof. Aqua alta zmienia natomiast obraz przestrzeni, ponieważ zmusza do ciągłego szukania nowych dróg dojścia do wschodniej części miasta. Sama formuła wydarzenia jest również znacząca: obrasta tysiącami recenzji, sprawozdań i polemik, a przez to przechodzi z fazy ekscytującej i odkrywczej debaty do męczącego puszenia się „świata sztuki”.
Tegoroczna edycja – zgodnie z pytaniami nadrzędnymi, które zadał kurator, Rem Koolhaas – miała być „audytem” architektury. Rozbudowaną i opartą na szczegółowych badaniach refleksją nad tym, co mamy, jak do tego doszliśmy, co z tym możemy teraz zrobić i dokąd możemy dojść startując z obecnego punktu. Składała się z wystaw przygotowanych przez 66 krajów w pawilonach narodowych w Giardini, w Arsenale oraz różnych, rozproszonych punktach, które krążyły wokół problemu „wchłaniania nowoczesności”. Opowieści o zawiązkach pomiędzy planowaniem i projektowaniem oraz modernizacją polityczną i społeczną w różnych częściach świata. Towarzyszyły im dwie ekspozycje. Pierwsza – kuratorska w Pawilonie Centralnym, zatytułowana „Elementy architektury” i poświęcona „nowemu korpusowi wiedzy” o architekturze. Druga – „Monditalia” o kondycji współczesnych Włoch, którą przygotowali ludzie tworzący inne części Biennale: Kina, Tańca, Teatru i Muzyki.
Tyle o założeniach. W jaki sposób autorzy poszczególnych wystaw odpowiedzieli jednak na problemy zdefiniowane przez Rema Koolhaasa? Jakie narracje wyłaniały się ze zderzenia pojedynczych wypowiedzi?
W zadanych ramach kryło się ryzyko podryfowania w stronę klasyfikacji inspirowanych przez botaniczne rozważania Karola Linneusza lub ambicje francuskich Encyklopedystów. Tak też niestety się stało, ponieważ pojawiły się kompleksowe przeglądy dokonań architektonicznych w poszczególnych krajach (pawilon brazylijski). Niektóre zespoły zdecydowały się jednak na przedstawienie jedynie dobrze przemyślanej i opracowanej syntezy własnych poszukiwań, dodatkowe informacje umieszczając w folderach lub publikacjach (Czesi i Słowacy). To właśnie w tych ekspozycjach mogłem odnaleźć kilka ciekawych i inspirujących tropów...
Tytułowy wątek „wchłaniania nowoczesności” zainteresował mnie ze względu na sposób, w jaki był sformułowany. Po pierwsze, zastanawiałem się, jak kuratorzy odniosą się do ukrytego założenia, że „absorbowanie” zakłada istnienie pewnych idei w jednym miejscu i ich brak w innym, a także opisuje symetryczny proces eksportowania i importowania. Użycie tego pojęcia generuje od razu pytania o to, co powszechne (uroszczenie zapisane w pojęciu „styl międzynarodowy”) i lokalne (np. tradycja budowlana). O centrum i peryferia, a przez to kieruje nas na pole analizy postkolonialnej i zachęca do ponownej lektury europejskich opowieści o architekturze i urbanistyce modernistycznej. Po drugie, moją wyobraźnię pobudzał sam termin „nowoczesność”, a właściwie zaszyfrowane w nim rozważania o wartości tego, co jest przed modernizacją i tego, co zostało unowocześnione. Dylematy, które można sformułować w języku polityki i dyskusji o tożsamości narodowej.
Teraz szczegóły. Z każdą wizytą w kolejnym pawilonie coraz wyraźniejsze stawało się wiszące nad wieloma ekspozycjami pytanie o to, czyim dziedzictwem jest modernizm. To przecież (tylko) ograniczone pod względem czasowym i geograficznym zjawisko społeczne, a w jego obrębie – ruch architektoniczny. Konsekwencja Oświecenia, czyli ściśle europejskiego myślenia o porządkowaniu świata. Żądającego uniwersalności, a przez to wprawionego w ekspansywny ruch, co przestaje być oczywiste, gdy opuścimy jego matecznik. To właśnie z tym problemem znakomicie zmierzyli się kuratorzy pawilonu Mozambiku. Zwinnie żonglowali „turystycznym” i „widokówkowym” przeglądem obrazów młodego kraju, zderzonego z osią czasu, na której rozpisano informacje historyczne, a także trzy opowieści architektoniczne o ikonach „stylu międzynarodowego”, jego recepcji narodowej i przemianach... wiejskiej chaty. Właściwie ich braku, ponieważ to w tej formie tradycyjnego budownictwa zapisane jest długie trwanie (niezmodernizowanej) społeczności. Nie mam pewności, czy ironia zawarta w formie przekroju przez wszystkie warstwy, na którym znajduje się Muzeum Guggenheima w Bilbao (międzynarodowe na górze), realizacje w miastach Mozambiku oraz drewniana konstrukcja kryta strzechą (lokalne na dole), była zamierzona, ale jego zwielokrotnienie w czytelny sposób kwestionowało uzasadnienie modernizmu, a właściwie importowania idei z północnej części globu. Co, w jakim zakresie i w jakim celu podlega zatem modernizacji? W jakim powinno? Czy kontrolujemy ten proces?

Podobnemu problemowi przyjrzeli się autorzy wspólnej wystawy Finlandii, Szwecji i Norwegii, opowiadającej w szczegółach historię Kenii, Tanzanii i Zambii, która rozpoczyna się w latach 60., po proklamowaniu niepodległości, a kończy 20 lat później. Po usunięciu kolonialnych (brytyjskich) struktur politycznych i biurokratyczno-administracyjnych władze tych krajów zaczęły z nadzieją importować rozwiązania skandynawskie: plany regionalne i urbanistyczne, rozwiązania w zakresie infrastruktury społecznej i przemysłu. Narracja kuratorska jest wielowątkowa i oczywiście pokazuje faktyczne i głębokie przemiany, ale równocześnie ujawnia trudne lub groteskowe elementy. Przykłady? Fabryka ryb, zaprojektowana przez Karla Henrika Nøstvika, posiadała rośliny w zamkniętym ogrodzie i poza nim, co miało być symbolem „dobrobytu dla wszystkich”, mimo że znajdowała się na... pustyni. Natomiast wysoka jakość wyposażenia szkół w głowach ludzi, którzy mieli później nimi zarządzać, rodziła wątpliwość, czy nie przerasta potrzeb. Co w tym miejscu jest zatem autentyczną zmianą, a co wyłącznie fasadą?

Inne pytanie o legitymizację nowych struktur państwowych, które powstają na zgliszczach kolonialnych, zadali w bardzo wyrazistej formie autorzy pawilonu polskiego. Kuratorzy z Instytutu Architektury w Krakowie poddali szerokiej analizie baldachim nad wejściem do grobu Józefa Piłsudskiego na Wawelu, zbudowany ze spoliów i elementów związanych z działaniami zaborców. Zakodowany w tym problem stał się dla mnie jaśniejszy po zestawieniu przygotowanych tekstów i diagramów z modernistyczną wyobraźnią kartezjańskiego filozofa-budowniczego. Dlaczego? Nowy i uporządkowany gmach wiedzy należy wznieść na surowym rdzeniu, ponieważ właściwości materiału rozbiórkowego (wcześniejszych koncepcji) mogą zepsuć nasze dzieło – ostrzegał autor „Rozprawy o metodzie”. Czy podobnie jest z państwem? Warto może zapytać o to, co moglibyśmy odkryć prowadząc – używając pojęcia Wolfganga Welscha – „estetyczną psychoanalizę” mitu II Rzeczypospolitej... Ciekawe zadanie, które stawia przed nami kuratorska kreacja.

Związkom pomiędzy kształtowaniem przestrzeni i tożsamością społeczności, która z niej korzysta, można przyjrzeć się jednak w zupełnie inny sposób, żeby ujawnić sytuacje i konsekwencje zerwania tej zależności. Tak zrobiła Matilde Cassani w części ekspozycji „Monditalia”. Wykadrowała społeczną przemianę włoskich wsi w Nizinie Padańskiej, która wcześniej była zamieszkana wyłącznie przez katolików i stanowiła monolit kulturowy, a teraz jest domem dla licznej populacji Sikhów. Poprzez nałożone na siebie zdjęcia przestrzeni publicznych miasteczek w dzień powszedni i w trakcie święta Baisakhi pokazała, że ta transformacja nie znajduje swojego odzwierciedlenia w krajobrazie. Stojąc na wprost widzieliśmy zabudowania w formie, która nie zmieniła się przez kilkadziesiąt lub kilkaset lat (np. bryłę historycznego kościoła), a gdy przesuwaliśmy się w lewo lub w prawo dostrzegaliśmy, że wypełniają ją wyznawcy tej religii. Dzięki temu stawało się dla nas czytelne, że urbanistyka i planowanie przestrzenne nie nadążają za wspomnianymi przemianami i są nośnikiem tożsamości, która nie istnieje lub odchodzi. Architektura w tym momencie staje się obojętna i pusta.

W jaki sposób wywikłać się z tej matni, żeby nie popaść w konserwatywną krytykę modernizmu? Można zejść kilka stopni ideologicznych w dół, co zaproponowali kuratorzy pawilonu belgijskiego. Z wielką swadą i ironią oraz analityczną dokładnością pokazali to, co kryje się za fasadami uporządkowanego miasta. Również modernistycznymi. Poprzez serię zdjęć zupełnie zwyczajnych wnętrz i instalacji, zaopatrzonych w absurdalne opisy, które przypominają fragmenty artykułów w prasie architektonicznej, dowiedli, że w tym prostym geście przekształcania najbliższego otoczenia kryje się naprawdę ważne źródło projektowania. Przez to również jego modernizacji... Rozwinięcie tej intuicji mogłoby otwierać nowy rozdział w dziejach nowoczesności bez osuwania się w nieuzasadnioną pychę modernizmu.


Paweł Jaworski


Tekst ukazał się równocześnie na stronie magazynu Kontakt.

poniedziałek, 17 listopada 2014

NIEWYKORZYSTANY POTENCJAŁ “LOKALU NA KULTURĘ”


Krajobraz polskich miast tworzą dziś nie tylko lansowane przez media i polityków głównego nurtu, wielkie inwestycje w infrastrukturę, które miały być symbolem sukcesu gospodarczego, szybkiego rozwoju i świetlanej przyszłości. To również wszechobecne przestrzenie opuszczone i nieużytkowane. Miejskie pustostany, które straszą na ulicach, przede wszystkim śródmiejskich. Druga strona mitycznego sukcesu i jego produkt uboczny, a może raczej prawdziwe oblicze uprawianej w Polsce polityki lokalowej samorządu. Pokazujące porażkę naszego dotychczasowego myślenia o mieście i jego rozwoju.
Co się stało? Oddaliśmy władzę w ręce deweloperów, galerii handlowych i dyskontów. Uwierzyliśmy, że zewnętrzny kapitał zbawi nasze miasta. Przestaliśmy uprawiać politykę, zapominając o tym, że to ona powinna być narzędziem zmiany. W międzyczasie obserwowaliśmy powolny upadek lokalnego handlu czy rzemiosła. Zaczęły znikać miejsca dla niekoniecznie skalkulowanych na bezpośredni zysk finansowy działań społecznych czy kulturalnych w przestrzeni publicznej. Opustoszały lokale na pustych ulicach. Jednocześnie czekaliśmy, aż kryzys się skończy, przyjdzie prywatny inwestor i miasto odżyje. Jednak inwestor się zazwyczaj nie pojawiał, a jak już na chwilę wpadł, to wolał raczej postawić kolejną galerię handlową, niż ożywiać przestrzeń miejską, na co oczywiście miasta się bez wahania zgadzały. I tym sposobem dobijały się same.
Nie inaczej jest w naszym mieście. Również w Katowicach dalej wierzymy w niewidzialną rękę rynku i wielki kapitał. Nie chciałbym jednak skupiać się na przyczynach naszej aktualnej sytuacji, którą w dużym uproszczeniu zarysowałem na początku tego tekstu. Pisało też o tym wcześniej wielu innych autorów i myślę, że robili to zdecydowanie lepiej i ciekawiej, niż ja mógłbym to uczynić. Wolę się skupić na dyskusji o działaniach, które mogą odwrócić tę tendencję. Interesuje mnie zatem, jakich narzędzi należy użyć, żeby problem pustostanów rozwiązać. Jak wykorzystać potencjał w nich drzemiący.
Wydaje mi się, że w Katowicach zrobiliśmy już dwa pierwsze kroki: zainicjowaliśmy dyskusję i stworzyliśmy program „Lokal na Kulturę”. Teraz warto mu się przyjrzeć z bliska. Minął rok od pierwszej edycji. To znakomita okazja, żeby ten okres podsumować, ocenić i wysunąć wnioski na przyszłość.
Najpierw kilka słów o (nie tylko) moich marzeniach. Konkurs mógł stać się punktem wyjścia do dalszych rozważań o kierunkach polityki lokalowej miasta, ponieważ zakładaliśmy, że sposób jego realizacji będziemy dokładnie obserwować, rozwijać i systematycznie korygować. Pomysł, który inspirowany był projektem warszawskim, miał polegać na wynajmowaniu po preferencyjnych stawkach miejskich lokali na szeroko pojętą działalność kulturalną. Mógł stać się czynnikiem prowadzącym do ożywienia społecznego i gospodarczego miasta. Mógł stworzyć warunki do działań niekomercyjnych, zaadresowanych do lokalnej społeczności. Mógł otworzyć miasto na działania eksperymentalne i innowacyjne. Rozszerzyć przy okazji pole debaty o mieście o nowe, niezależne podmioty. Mógł wywołać miejski ferment.
Teraz natomiast parę zdań o (nie tylko) moim rozczarowaniu. Wszystko, co opisałem powyżej, mogło się zdarzyć, ale zrealizowaliśmy pierwotną wizję jedynie połowicznie. Podstawowym warunkiem, który zaproponowała grupa aktywistów inicjujących cały pomysł, była lokalizacja: ważne miejskie deptaki, ulice, czy dzielnicowe place. Miejsca, w których kiedyś kwitł handel i życie miejskie, a dzisiaj nie dzieje się nic – lokale stoją puste i czekają na lepsze czasy. Które obszary mam konkretnie na myśli? Dla przykładu ulice: 3 Maja, Warszawską czy Wawelską. Lokale atrakcyjne dla użytkowników i najemców, a także łatwo dostępne, których adaptacja do nowej funkcji może ożywić daną przestrzeń. Przywrócić ją mieszkańcom. Stało się jednak inaczej. Większość lokali, które Urząd Miasta umieścił na swojej liście, znajdowała się w podwórkach, w nieciekawych i trudno dostępnych terenach, a ponadto była w złym stanie technicznym. Miałem nieodparte wrażenie, że nikt inny nie chciał ich wynająć w standardowym trybie. Tam znaleźliśmy miejsce dla kultury, ponieważ nauczyliśmy się wyrzucać ją na peryferia myślenia o mieście. Oczywiście: na tych obszarach taka działalność może mieć sens, gdy tworzy przestrzenie o charakterze sąsiedzkim i dzielnicowym. My jednak chcieliśmy, żeby to działo się równocześnie z ożywianiem najważniejszych miejskich arterii, które przegrały w konfrontacji z wielkimi centrami handlowymi. To mógł być czynnik na nowo sprowadzający ludzi do miasta, które nie jest i być nie powinno tylko komercyjnym tworem.
Inną ważną kwestią było włączanie lokalnej społeczności w działalność prowadzoną w wynajmowanych lokalach. Zapraszanie ich do środka czy to w formie odbiorców czy współtwórców kultury. Lokal miał być otwarty i służyć aktywizacji danej przestrzeni jak i samych mieszkańców. Ze względu na brak weryfikacji i bieżącej kontroli prowadzonych w lokalach działań zdarzały się przypadki adaptacji na funkcję biurowo- administracyjną. Tak jest niestety w przypadku Grupy BIBU, która nie podejmuje żadnych akcji animacyjnych w lokalu, ponieważ umieściła tam biuro organizacji. Taki sposób użytkowania nie jest dobrą propozycją dla parteru budynku, a już na pewno nie powinien być dopuszczony w konkursie, o którym piszę. W tym celu można wykorzystać przepisy dotyczące wynajmu pomieszczeń dla NGO.
Szkoda również, że wnioski oceniali sami urzędnicy, którzy nie mają szczegółowej wiedzy o prowadzenia działań kulturalnych[P3]  i potrzebach mieszkańców w tym zakresie. Z tego powodu lepsza byłaby interdyscyplinarna i partnerska komisja, co było kolejną propozycją inicjatorów konkursu. Wówczas niezależni eksperci pracujący w kulturze wspólnie z urzędnikami mogliby bardziej dokładniej badać jakość składanych ofert konkursowych. Ten kontekst otwiera ponadto pytanie o włączenie samych mieszkańców na etapie wyboru najemców, czy wmontowanie rozwiązań z zakresu ekonomii społecznej w sam mechanizm. Warto przywołać chociażby klauzule społeczne w zamówieniach publicznych, które narzucałyby np. korzystanie z usług osób trwale bezrobotnych przy remoncie.
Lokal na kulturę to jak na razie jedyny systemowy pomysł, który udało się wcielić w życie w Katowicach, będący zarazem przykładem dobrej praktyki w zakresie polityki lokalowej. Pomimo swoich niedociągnięć pokazał potencjał, który tkwi w tego typu inicjatywach. Kultura w tym konkursie rozumiana jest bardzo szeroko i obejmuje również działania związane z rzemiosłem, kolekcjonerstwem czy nawet nowymi technologiami. Ważny był przede wszystkim animacyjny i społeczny charakter aktywności. Miejmy nadzieję, że w kolejnych edycjach ta otwartość będzie rozwijana i zapraszane do składania ofert będą kooperatywy, spółdzielnie socjalne, grupy samopomocowe, inicjatywy sąsiedzkie czy inne przedsiębiorstwa działające na zasadach ekonomii społecznej.

Rzecznikiem opisanej rozbudowy jest nasz kolektyw. Mój tekst nie stanowi zatem głosu przeciwko inicjatywie, ale jest przyczynkiem do konstruktywnej krytyki jego założeń i dyskusji o ulepszeniu mechanizmu. Chcemy chwalić się za parę lat ciekawym narzędziem polityki lokalowej, którego sprawne używanie od razu wpływa na przestrzeń naszego miasta. Teraz działamy na pół gwizdka. Niby jest dobrze, ale mogłoby być zdecydowanie lepiej.

Michał Kubieniec

piątek, 31 października 2014

NOWE MUZEUM ŚLĄSKIE

Zapewne nigdy muzea nie miały się tak dobrze jak teraz. Pisząc te słowa mam na uwadze przede wszystkim powstające nowe budynki, czyli całą infrastrukturę tego typu placówek. Po komercyjnym sukcesie Muzeum Powstania Warszawskiego ich liczba powiększa się nieomal z dnia na dzień. Co ciekawe, ich reprezentacyjne formy uznawane są często za nowoczesne ikony rozwijających się miast. Dlaczego? Muzea przestały być ważne tylko dla wąskiego grona odbiorców: historyków, historyków sztuki, kuratorów oraz archiwistów. Ich potencjał dostrzegli politycy, urzędnicy, korporacje, prywatni inwestorzy, a także mieszkańcy miast i mniejsze organizacje pożytku publicznego. Podobnie dzieje się również w Katowicach. Nie tylko w Krakowie, Warszawie i „gdzieś w Polsce”, ale przed naszymi oczami, na Górnym Śląsku. W tym regionie, gdzie kultura i sztuka była zawsze traktowana po macoszemu i znajdowała się na marginesie publicznego zainteresowania. Oczywiście było to zjawisko charakterystyczne dla transformacji po 1989 roku, a to, co możemy obserwować na naszym podwórku, to jedynie lokalna wersja szerszego problemu.
Nagle jednak, praktycznie w czasie konkursu o tytuł ESK 2016, w Katowicach pojawiło się nowe muzeum. Plany budowy nowego obiektu były znacznie wcześniejsze, ale ta zbieżność i bliskość terminów wydaje się interesująca. Po Katowicach rozlała się fala radości: będziemy mieć piękny budynek! Nowoczesny. Taki, którego nie powstydziłoby się żadne duże miasto w kraju i poza jego granicami. Co chwilę ktoś powtarzał truizmy o śląskim efekcie Bilbao. Wszyscy wierzyli, że to muzeum, kultura i sztuka, te znajdujące się na samym dole bytowych potrzeb zachcianki, nas uratują. Turyści będą przyjeżdżać, przylatywać, nawet dzieci ze szkół będą chodzić i oglądać.
Bańka szybko prysła. Zderzyliśmy z problemem, który światu sztuki, kuratorom zajmującym się tzw. „krytyką instytucjonalną”, jest dobrze znany. Muzeum – jak każda instytucja – jest tworem politycznym. Mimo tego, że francuski filozof Jacques Rancière wskazywał wielokrotnie, że estetyka to polityka, a bliższy nam Lech Nijakowski, że pamięć to polityka, to nad szklanymi budynkami zawisły ciemne chmury. Zaczęto narzekać, że pomysł na wystawę nie taki. Za bardzo polityczny. Przekłamuje historię… Są to głosy ważne i warto się nad nimi pochylić, ponieważ wpisują się w trwającą od lat 60. XX w. debatę o instytucjach sztuki. Muzeum krytykuje się za to, że nie nadąża za zmianami, jakie zachodzą we współczesnym świecie. Że instrumentalizuje pamięć i historię. Że marginalizuje lub wyklucza narracje, które nie wpisują się w jego politykę wizerunkową. Można by wymieniać i wymieniać.
Jakie zatem będzie to Nowe Muzeum Śląskie? Niestety nie mam odpowiedzi na to pytanie, mimo że śledzę to, co dzieje się w naszym rodzimym muzealnictwie. Mam za to kilka małych życzeń. Czy się spełnią? Zobaczymy...
Po pierwsze, chciałabym, żeby za określeniem „nowe” nie kryła się tylko „nowa” siedziba. Nie wierzę, że jakakolwiek forma architektoniczna rozwiąże problemy, z jakimi borykają się Katowice, a także Górny Śląsk oraz życie kulturalne całego regionu. Budynek szybko się zestarzeje, a przez to dla wszystkich stanie się jasne, że to program jest kwestią kluczową. Po pierwszym „ach” może nastąpić smutne „ech”, gdy to, co znajdziemy w środku, rozczaruje. Czy spotkamy się zatem w muzeum O Śląsku, czy może w muzeum NA Śląsku? Mała to różnica, ale może mieć kolosalne znaczenie.
Po drugie, mam nadzieję, że przymiotnik „nowe” nie kryje wyłącznie „nowych” technologii, które zmieniają muzea w parki rozrywki. Nie chcę takiej instytucji, ponieważ wiele razy widziałam, jak ta nowa technologia zawodzi. Powtórzę: jak szybko się starzeje.
Po trzecie, wyobrażam sobie, że Nowe Muzeum Śląskie nie będzie bało się historii swojego miejsca. Będzie miało coś z idei „muzeum krytycznego” Piotra Piotrowskiego i będzie stawiało trudne pytania. Pokazywało, że historia nigdy nie jest jednorodna, a składają się na nią różne perspektywy i opowieści oraz wielość pamięci o niej.
Po czwarte, chciałabym, żeby w Nowym Muzeum Śląskim znalazła się sztuka współczesna. Śląska sztuka współczesna, z której możemy być dumni – grupy St-53, Andrzeja Urbanowicza, Jerzego Lewczyńskiego, Zofii Rydet. Żeby w tym właśnie miejscu wystawiona została świetna kolekcja Znaków Czasu. Dobrze przypominać te postaci, a nie wciąż opowiadać tą samą historię o węglu i kopalni.
I tu pojawia się moje piąte życzenie… Nowe Muzeum Śląskie powinno być lokalne, ale nie zaściankowe. Niech ukazuje zdarzenia i postaci ważne dla tego, co jest i było tutaj właśnie. Musimy poznawać swoje opowieści, ale niekoniecznie podążając za wielkimi narracjami. Nie potrzebujemy więc kolejnej wystawy o Powstaniu Styczniowym, ale czekamy na dobrą i krytyczną wystawę o Powstaniach Śląskich. O postaciach niewygodnych i trudnych. Nowe Muzeum Śląskie powinno nas zmusić do myślenia, ponieważ w zalewie bylejakości jego fajerwerkowość się nie sprawdzi.
Moim zdaniem to, czego potrzebujemy na Śląsku, to nie kolejne publiczne muzeum, ale raczej muzeum publiczności, muzeum dla mieszkańców. Takiej instytucji, która pomyślana będzie nie jako wizualna wizytówka miasta, ale jako przestrzeń forum. Miejsce spotkań i dyskusji wokół kwestii toczących się w zróżnicowanym społeczeństwie. Pokazujące to, co nas różni i nadaje nam indywidualność. Przez co stajemy się podmiotami, a nie bez osobową masą…

Marta Kudelska; Kuratorka, autorka tekstów o sztuce. Publikowała m.in. w Obiegu, Szumie, Opcjach, Punkcie czy Hiro. Ukończyła kulturoznawstwo-kulturę współczesną (w zakresie krytycznej teorii kultury współczesnej) i historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Interesuje się pamięcią, krytyką instytucjonalną, problematyką archiwów i socjologią rzeczy. Obecnie doktorantka w dziedzinie nauki o sztuce na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie zajmuje się kwestią polityki pamięci w kolekcjach muzealnych. Swoje projekty realizowała m.in. w Instytucie Polskim w Dusseldorfie, Art Agendzie Novej w Krakowie, podczas festiwalu ArtBoom , czy CSW Kronika w Bytomiu. Współpracuje w galerią Dwie Lewe Ręce i Czytelnią Sztuki.