____ IDEA


Jesteśmy zanurzeni w mieście i miejskości.

Mieszkamy w Katowicach i codziennie korzystamy z przestrzeni, która tutaj powstaje. Właściwie to tworzymy ją za pomocą naszych działań zderzonych z decyzjami i wyborami innych użytkowników. Ten kontekst interesuje nas najbardziej. Czujemy się współodpowiedzialni za miasto, chcemy więc je lepiej rozumieć i mieć wpływ na to, jak funkcjonuje.


Kolektyw Miastoprojekt: Michał Kubieniec, Paweł Jaworski
________________________________________________________________________________________




czwartek, 29 października 2015

NOWI ŚLĄZACY

Po długich staraniach została wydana jedna z najciekawszych publikacji o współczesnym Śląsku i osobach, które go współtworzą. I nie jest to na szczęście kolejna rozprawa o tożsamości i jej etnicznych konotacjach. Nie próbuje definiować prawdziwych Ślązaków z korzeniami, wykluczając tych którzy tutaj przyjechali na studia czy do pracy. Nie chce uczestniczyć w jałowym sporze, w którym prawo wypowiedzi i mówienia prawdy o regionie leży zawsze po stronie rdzennych mieszkańców. Nie tworzy tez sztucznych podziałów. Ta książka to ' Nowi Ślązacy. Miasto, dizajn, tożsamość.' Zosi Oslislo- Piekarskiej.

Jest to zbiór wywiadów z osobami, które działają w regionie na bardzo różnych polach. Od razu podkreślę, że jestem jedną z  osób wypowiadających się w książce, dlatego też moja opinia na jej temat pewnie będzie mało obiektywna. Nie zmienia to jednak faktu, iż uważam, że to publikacja niezwykle ważna i potrzebna. A Zosi bardzo dziękuje za możliwość udziału w jej powstaniu. Przejdźmy jednak do samej książki. Opisani są w niej aktywiści, artyści, projektanci, kuratorzy czy lokalni przedsiębiorcy. Wszystkich ich łączy nie tylko Śląsk. Łączy ich rowniez aktywne włączanie się w życie regionu i w procesy zmian, które w nim zachodzą. Wywiady poprzedzone zostały esejem Zosi pokazującym w szerszym kontekście działania bohaterów książki. Autorka pokazuje jak ich postawy kształtowały się czy to dzięki staraniom Katowic o Europejską Stolicę Kultury, czy rozwojowi designu na Śląsku, czy też wyburzeniu słynnego Brutala. To co jednak najciekawsze to fakt, że autorka nie wybrała do swojej książki tylko rodowitych Ślązaków. Są tu ludzie, którzy przyjechali tu, postanowili zostać i działać. Bez dzielenia na lepszych i gorszych, autorka postanowiła stworzyć alternatywną definicje Nowego Ślązaka. Kogoś kto aktywnie działa, chce współtworzyć swoje otoczenie i czuje się za nie odpowiedzialny. To stosunek do tego co wspólne go definiuje, a nie etniczna przynależność. Nie istotne jest czy się tu urodził, czy ma przodków ze Śląska, czy mówi godką. Istotna za to jest jego obywatelska aktywność i chęć włączenia się w proces zmiany. Autorka świetnie uchwyciła moment, w którym takie podejście zaczęło się na Śląsku pojawiać. Zebrała w jednej publikacji grupę osób, które pomimo wielu różnic, łączy właśnie podobne definiowanie siebie jako Ślązaka. Nawet jeśli nie mówią tego wprost, to ich działania mówią o tym za nich. Zmiana, która nastąpiła to głos nowego pokolenia. Pokolenia, które nie wstydzi się tradycji regionu, ale też nie zamierza jej bezkrytycznie powielać. Pokolenia, które szuka, pyta i próbuje nakreślić współczesny obraz Śląska.

Śląsk dzisiaj to już nie ten opisywany przez Kutza czy Majewskiego. To już nie jest mityczna kraina, inna od wszystkich i żyjąca w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Śląsk potrzebuje dzisiaj nowych definicji. Takich, które umiejscowią go we współczesnych kontekstach społecznych, politycznych czy ekonomicznych. Gdzie przenika się lokalne i globalne. Bez etniczych odniesień, za to z poczuciem odpowiedzialności za miejsce, w którym się mieszka. Książka Zosi Oslislo jest pierwsza próba takiego opisu, otwierającą dyskusje na nowe idee. To lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć dzisiejszy Śląsk. I punkt wyjścia do dalszych poszukiwań.

poniedziałek, 19 października 2015

SUPERSAM- ŁADNY CZY BRZYDKI?

No i powstał nowy Supersam. Po wielu protestach i dwóch latach budowy jest i nic tego nie zmieni. Jedni się cieszą i robią sobie selfie na otwarciu, inni narzekają na brzydotę jaką nam zafundowano, oczywiście przekazując wszystkie detale z samego otwarcia. Architekci, inwestorzy, dziennikarze, politycy wszyscy razem otwierali dla nas ten obiekt, czy go lubili czy nie. Wydarzenie roku w Katowicach. Chyba Nawet Muzeum Śląskie nie może się pochwalić tak hucznym i szeroko opisywanym otwarciem. Pomijając już fakt uczestniczenia tylu oficjeli w tej prowincjonalnej fieście, warto skupić się na czymś zupełnie innym. Bo niech uczestniczą i potem oceniają, krytykują lub chwalą. Ale niech wnioski, które wyciąga każda ze stron nie ograniczają się tylko do tego, czy jest ładnie czy brzydko. Dobrze by było żeby w Katowicach wreszcie zrozumiano, że w mieście jednak chodzi o coś więcej niż żeby było ładnie.


I tak z jednej strony mamy ataki na brzydką elewację, wykończenia wnętrz czy niedopasowane reklamy, a z drugiej strony zachwyty nad skalą obiektu i jego rzekomo niebanalną bryłą. Ta dyskusja świetnie obrazuje naszą lokalną skłonność do mówienia o architekturze tylko w kategoriach ładnie / brzydko i w konsekwencji do estetyzacji samego miasta. Nie interesuje nas polityczny, ekonomiczny czy społeczny wymiar architektury, przez co oddalamy się od rozmowy o realnych problemach, ich przyczynach i konsekwencjach.


Zamiast o rozwiązania formalne spytajmy więc o wpływ na kondycję lokalnego handlu i problem pustostanów. Czy na pewno, jak twierdzi Tomasz Konior, a wtóruje mu Prezydent Krupa, ten obiekt ożywi miasto? Czy może jednak dobije małych przedsiębiorców? Spytajmy też o wpływ na komunikację w śródmieściu. Czy przypadkiem ten obiekt, wraz ze swoim wielkim parkingiem nie zwiększy ruchu samochodowego w okolicy? Jak budowa tego obiektu ma się do założeń Urzędu Miasta o wyprowadzaniu ruchu samochodowego z Śródmieścia, tworzenia stref tempo 30 i chęci stawiania na ruch pieszy i komunikację rowerową? Warto też zastanowić się nad tym czy chcemy opierać swój rozwój na zewnętrznych wielkich inwestorach, poszukujących taniej siły roboczej i stref obniżonych podatków ( jeśli w ogóle je u nas płaca), czy na wzmacnianiu wewnętrznej siły miasta, opartej na budowaniu i wspieraniu lokalnego biznesu? Zostając przy taniej sile roboczej nie zapomnijmy spytać również o warunki pracy i płace robotników na budowie. Zastanówmy się też czy zakupy chcemy robić w centrach handlowych czy na lokalnych targowiskach, w sklepikach i restauracjach? W natłoku pytań nie zapomnijmy o najważniejszym- czy My mieszkańcy mamy wpływ na to jak działa nasze miasto, czy może politycy i inwestorzy podejmują najważniejsze decyzje bez konsultacji z nami?


Jak odpowiemy sobie na te pytania i pewnie jeszcze parę innych, to wtedy będziemy mogli poświecić czas na pisanie poezji o finezyjnych detalach, skali i formie budynku czy doborze materiałów. Bez zrozumienia realnych problemów nie będziemy w stanie rzeczowo rozmawiać o mieście. Mam wrażenie, że w Katowicach cały czas pływamy po powierzchni i skupiamy się na tym co mało istotne. Supersam to po prostu po raz kolejny pokazał.

Michał Kubieniec

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

SPORT A MIASTO



Pewnie dla wielu czytelników tego bloga sport sam w sobie jest mało interesującym zagadnieniem, nie wnoszącym specjalnie nic ciekawego do debaty o mieście, a do tego kojarzonym raczej z  ogromnymi wydatkami na stadiony, hale sportowe, aquaparki, czy wielkie wydarzenia, a nie z czymś, co może pełnić istotną rolę w kształtowaniu miejskiej przestrzeni, jak i walczeniu o jej publiczny charakter. Ze względu na swoją sportową przeszłość i związane z nią zainteresowanie tematem będę się starał - dla odmiany - pokazać, że nie musi być drogą fanaberią władz samorządowych, lecz ważnym czynnikiem budującym miejską wspólnotę. Oczywiście wszystko będzie mocno osadzone w katowickim kontekście, który jak zwykle wymaga ode mnie trochę krytycznego podejścia lub - jakby powiedzieli niektórzy - zwykłego internetowego hejtu.
 
Zacznijmy zatem od samych Katowic i od skrótowego przyjrzenia się temu jak wygląda w nich sport na co dzień. Katowice, podobnie jak inne duże miasta w Polsce, organizują wiele bardzo drogich imprez sportowych na światowym poziomie. Niestety nie wykorzystują tego faktu do wypromowania danych dyscyplin, stworzenia dzielnicowej infrastruktury do ich trenowania i budowania wokół tego profesjonalnych sekcji sportowych, których w mieście jest jak na lekarstwo. Ogólnie: brakuje szerszej strategii dla sportu w mieście. Zarówno tego amatorskiego, jak i profesjonalnego, bo przecież jeden nie jest w stanie funkcjonować bez drugiego. Najlepszym tego przykładem jest tegoroczny turniej tenisowy Katowice Open, który miasto dofinansowało kwotą 1,5 mln złotych, a w którym uczestniczyła garstka kibiców. Nie buduje się wokół turniejów popularności danych dyscyplin, ani nie stwarza się warunków do ich trenowania. Więc w zasadzie mamy imprezy sportowe raz do roku, a po nich nic się nie dzieje, bo nie ma gdzie, nie ma komu i nie ma po co. Brak liczących się w kraju sekcji czy klasowych sportowców w tak dużym mieście nie jest raczej powodem do dumy. W celu ich zbudowania nie wystarczy zorganizować dużego turnieju. Ten proces zaczyna się dzięki dostępności i otwartości infrastruktury oraz wspieraniu dzielnicowej i amatorskiej aktywności, która może być zapleczem dla profesjonalnych klubów.
 
Przechodząc do sedna, jeśli chcemy mieć w mieście sport na co dzień, a nie od święta, to musimy powrócić w myśleniu o nim do trochę zapomnianej dzisiaj idei sportu jako publicznej i dostępnej aktywności. Ta kategoria - mocno podkreślana choćby przez modernistów, ale  dostosowana do współczesnych realiów - może pozwolić nam nie tylko na stworzenie warunków do rozwijania samego sportu, ale również na budowanie wspólnoty miejskiej i odzyskiwanie publicznego charakteru miejsc z nim związanych. To może być zwykła siłownia pod chmurką, ścieżki rowerowe, wielofunkcyjne boiska czy inne miejsca dla sportu i rekreacji - w parkach, na skwerach, w podwórkach, czy na placach. Takie przestrzenie, jeśli będą projektowane wspólnie z mieszkańcami, mogą stać się dostępnymi  dla każdego i lubianymi miejscami spotkania i aktywności. Nie chodzi tu o wydzielone płotem “orliki” pod ścisłą kontrolą, czy przyszkolne hale sportowe, dostępne dla mieszkańców przez 2 godziny dzienne, a o przestrzenie otwarte, wkomponowane w miasto, będące jego częścią składową. Bez ogrodzenia, oddzielenia i swego rodzaju gettyzowania.
 
Ciekawym przykładem opisanego podejścia do sportu jest idea skweru sportów miejskich, którą próbuje się wprowadzać w życie w Warszawie. To miejsce, gdzie spotykają się różne pokolenia i różne dyscypliny. Od rolkarzy i skaterów po szachistów, tancerzy i dzieci korzystające z placów zabaw. Do tego w miejscach tych mogą znajdować się kawiarnie, dzielnicowe domy kultury oraz sceny do plenerowych występów. To sprawia, że te wielofunkcyjne przestrzenie stają się centrami życia dzielnicowego i często przywracają mieszkańcom zapomniane fragmenty miasta.
Równie inspirujące podejście do sportu w mieście można było zaobserwować w ramach wrocławskiego projektu Out of Sth. Organizatorzy zapraszali na otwarte pikniki na zaniedbany i opuszczony tor kolarski, promując nie tylko aktywność rowerową, ale również publiczny charakter tej przestrzeni, którą należy odzyskać dla mieszkańców. Interesujący jest fakt, że Out of Sth nie jest projektem sportowym, a artystycznym, prowadzonym przez galerię BWA, co pokazuje, że granice między różnymi miejskimi aktywnościami są płynne. Wszystkie razem i każda z osobna może posłużyć do walki o lepsze miasto i przestrzeń publiczną.
Takich działań i takiego podejścia do sportu w Katowicach najbardziej brakuje. Sportu dla mieszkańców i wspólnie z nimi tworzonego. Nie chodzi tu o przeciwstawianie sobie wielkich wydarzeń i drobnych dzielnicowych aktywności, gdyż one mogą i powinny się uzupełniać, lecz o zachowanie rozsądnych proporcji.
 
Kluczowe jest jednak pytanie, dla kogo właściwie sport w mieście ma być? Moim zdaniem powinien być przede wszystkim dla mieszkańców, a z tym niestety aktualnie mamy duży problem.


poniedziałek, 11 maja 2015

ANTYMODERNISTYCZNA MODA NA MODERNIZM


Modernizm stał się w Polsce modny. Po latach pogardy został wreszcie doceniony, dlatego publikuje się książki na jego temat, organizuje spotkania, spacery czy protesty w jego obronie. Już nie podobają nam się historyczne starówki – teraz liczą się tylko beton i bloki. Wszystko pięknie, sam się modernizmem jaram, jednak wydaje mi się, że przyjęliśmy go bezrefleksyjnie. Albo inaczej: ograniczamy się jedynie do sfery wizualnej, pomijając cały ideowy bagaż, który za nim się kryje. Podziwiamy detal architektoniczny, zabawy formą i zastosowane materiały. Bronimy modernistycznej architektury za wszelka cenę, chcąc ją zachować w niezmienionym kształcie. Oceniamy ją pod czujnym okiem konserwatorów i historyków, patrząc w zasadzie tylko na estetyczną oraz historyczną wartość budynku. Chcąc być postępowi, staliśmy się konserwatywni, a nasza obrona stała się z ducha antymodernistyczna.
 
Dlaczego tak uważam? Modernizm to chęć ciągłej zmiany, przemyślenia swoich założeń i ich redefinicji. To zaczynanie wszystkiego od nowa. Wieczna przebudowa. Brak ciągłości. Niechęć do patrzenia w przeszłość. My natomiast potraktowaliśmy go jako nietykalne dziedzictwo, które trzeba zachować, a nie materiał do udoskonalenia. Zresztą sami architekci modernistyczni przywiązali się do swoich dzieł, a nie zasad, które głosili. Chciałbym – dla odmiany – oddać hołd modernizmowi jako żywej idei, która jest punktem wyjścia do przepracowania własnego światopoglądu. Nie interesuje mnie ograniczenie do estetyki, odcięte od kontekstu społecznego czy politycznego, ponieważ wówczas cały nurt jest bagatelizowany. Nastawienie wyłącznie na ochronę modernizmu jako dziedzictwa zakrawa o konserwatywną zachowawczość.

Refleksja ta powraca do mnie co jakiś czas, gdy jestem świadkiem kolejnej debaty czy protestu, w których zaciekli obrońcy modernizmu nie pozwalają na jakiekolwiek krytyczne myślenie. Z góry zakładają, że strona przeciwna jest niedouczona i z tego powodu nie potrafi docenić fenomenu nowoczesnej architektury. Czy taka postawa nie jest przypadkiem zaprzeczeniem myślenia modernistycznego? Czy to odwoływanie się do dziedzictwa i przeszłości nie jest tym czego moderniści najbardziej się obawiali?

Dobrym przykładem takiej drogi może być niedawne oburzenie związane z chęcią przebudowy Domu Handlowego Skarbek. Nie pokazano żadnego projektu, wystarczyło że właściciel zapowiedział przebudowę i prawdopodobne usunięcie słynnych łusek z elewacji. Fakt, jest to bardzo charakterystyczny element w krajobrazie Katowic i może warto go zachować. Czy nie powinniśmy jednak najpierw zobaczyć, z czym się ta przebudowa wiąże i co może wnieść nowego? Nie tylko na płaszczyźnie estetycznej. Czy nie o tym powinniśmy dyskutować? Rozumiem – i podzielam – obawy związane z tym, ze firma Społem nie zaproponuje niczego ciekawego, o czym już parokrotnie nas przekonała. Nie zmienia to jednak faktu, że możemy i powinniśmy myśleć o zmianach nie tylko w tym obiekcie, ale również w całym mieście. Ciągle taką dyskusję podejmować, nie traktując wartości historycznej jako bezwzględnej i niepodważalnej. W ten sposób zrobiła choćby warszawska Fundacja Galerii Foksal, decydując się na przemianę swojej modernistycznej siedziby – mimo licznych protestów i krytyki.

Czy DH Skarbek powinien być zachowany w dotychczasowej formie, czy w ogóle powinien zniknąć? Decyzje powinniśmy podjąć dopiero po rzetelnej i wieloaspektowej refleksji. Mamy jednak prawo pomyśleć o zmianie, ponieważ to zawsze pozwala nam szukać nowych rozwiązań. Chroni nas również przed konserwatywną stagnacją.

Bez odwagi radykalnego myślenia nie zbudujemy lepszego miasta.



środa, 22 kwietnia 2015

POCHWAŁA POLITYCZNOŚCI


Kamienicę przy ul. Mariackiej 32 w Katowicach w niedzielę zajęła grupa ludzi, która wcześniej protestowała przeciwko VII Europejskiemu Kongresowi Gospodarczemu. W budynku chcieli założyć skłot, jednak zostali z niego usunięci siłą przez grupę policyjną po nieudanej próbie negocjowania warunków opuszczenia obiektu.

Na profilu Fundacji Napraw Sobie Miasto w serwisie społecznościowym Facebook pojawił się następujący wpis: „Gospodarz obiektu (Urząd Miasta), działający w naszym imieniu – współwłaścicieli tego pustostanu (mieszkańców Katowic), nie ma pomysłu na jego zagospodarowanie. Gdy do budynku wkracza grupa anarchistów, dając sygnał, że chce w kamienicy działać, to zamiast partnerów do rozmowy pojawiają się antyterroryści.”. Uwaga ta była szeroko komentowana, m.in. w taki oto sposób: „Nie wiem, czy dobrze rozumiem. Ktoś zajmuje czyjąś własność, wchodzi do niej nielegalnie i fundacja to pochwala?”.

Nie mam pojęcia, jakie stanowisko zajęłaby Fundacja jako całość, ponieważ nie zostało ono wypracowane i uzgodnione. Będąc członkiem jej Zarządu czuję się wywołany do tablicy, choć powyższe pytanie poruszyło mnie jako mieszkańca Katowic i w ten sposób chcę się do niego odnieść. Odpowiadam, zaznaczając wyraźnie, że nie będę pisał o tym, czy pochwalam czyjekolwiek działania, ani tym bardziej ich oceniał. Nie czuję się do tego uprawniony, a ponadto uważam, że ta kwestia odsuwa nas od istoty rzeczy. Gra toczy się o wyższą stawkę.

Po pierwsze, działania Antykongresu dotyczą nie tyle imprezy odbywającej się w Międzynarodowym Centrum Kongresowym, ale porządku społeczno-ekonomicznego, który to wydarzenie ucieleśnia. Podobnie wejście do opuszczonego obiektu położonego w centrum miasta należy odczytywać jako gest polityczny, a nie próbę złamania prawa, która niesfornej młodzieży przynosi perwersyjną przyjemność z przekraczania granic wyznaczonych przez rodziców. Anarchiści nie są rozwydrzonymi dziećmi, a aparat policyjny państwa nie jest ich opiekunem, choć zapewne podobna metafora pobudza wyobraźnię konserwatywnie nastawionej części naszego społeczeństwa.

Po drugie, wspomniany budynek nie jest „czyjąś własnością”, ale nieruchomością komunalną. Czy to czyni go czymś specjalnym? Tak, ponieważ zagospodarowanie i wykorzystanie tej kamienicy – nie chodzi mi tylko o jej stan techniczny – ogniskuje, w jaki sposób zarządzamy sprawami publicznymi. To, co należy do gminy, tak naprawdę jest współwłasnością wszystkich jej mieszkańców, więc interwencja w tym miejscu to moim zdaniem dyskusja o sferze publicznej. Próba wychodząca z pozycji słabości, a nie siły. Takich rozmów jest niestety mało i chyba warto zatroszczyć się o każdą z nich, gdyż są ważniejsze niż nasze dobre samopoczucie, oparte na moralnej wyższości.

Po trzecie, zrozumiała jest troska o pełne rozstrzygnięcie i uregulowanie przepisami wszystkich dziedzin ludzkiej aktywności oraz ich skrupulatne przestrzeganie, ponieważ ułatwia nam to codzienne funkcjonowanie. Jednoznaczność takiego wysiłku narusza jednak spojrzenie w przekroju czasowym na rozwój systemu prawnego oraz refleksja nad tym, w czyim interesie ustanawiane są konkretne ograniczenia, a kogo wykluczają.Tę lekcję warto odrobić, żeby to, co polityczne, nie myliło nam się z tym, co prawne, a gorset regulacji nie był interpretowany jako konieczność dziejowa, blokująca zmiany społeczne. Nie od dziś wiemy, że ktoś bardzo konkretny musi o nie zawalczyć, żeby później inni mogli od tego odcinać kupony i cieszyć się lepszym, wygodniejszym i bardziej sprawiedliwym życiem.

Po czwarte zatem, nie duśmy tych „miejsc”, które pozwalają nam zadawać pytania, kwestionować istniejący porządek, zastanawiać się nad alternatywnymi rozwiązaniami. Dlaczego należy o nie dbać, nawet gdyby nie wydawało nam się to na pierwszy rzut oka oczywiste? Najlepszego argumentu dostarcza francuski filozof Michel Foucault, który podobne przestrzenie nazywa heterotopiami i przyrównuje do okrętów: „w cywilizacji bez statków marzenia wysychają, szpiegowanie zajmuje miejsce przygody, a policja przychodzi na miejsce piratów” (Inne przestrzenie).


Paweł Jaworski

niedziela, 8 lutego 2015

KULTURA W DZIELNICACH


Katowice reklamowały się niegdyś hasłem „miasto wielkich wydarzeń”, dziś niewiele się zmieniło, włodarze nadal inwestują w duże imprezy, ale także w duże instytucje skupione na osi kultury. Tymczasem w dzielnicach dzieje się albo wielkie nic, albo małe coś.

Przykładów na „małe coś” jest kilka, poczynając od Teatru Żelaznego, który początkowo działał w hali dworca na Ligocie, a w ostatnim czasie przeniósł się do budynku na stacji kolejowej w Piotrowicach. Pierwsza lokalizacja wiązała się także z akcjami fundacji Napraw Sobie Miasto, której jednym z pierwszych celów było posprzątanie, czy bardziej umycie, dworca.

Sam jestem inicjatorem nieformalnej inicjatywy Pobudka Koszutka, w ramach której wspieramy lokalne akcje kulturalne, a sami organizujemy między innymi festyn sąsiedzki. Festyn nietypowy bo bez piwa i disco polo, ale z warsztatami i kameralnymi koncertami. Chcemy promować i rozwijać jakościowe wydarzenia i pomysły.

Oba podane przykłady bardzo dobrze radzą sobie zarówno w opinii mediów, jak i mieszkańców, oba są też wynikiem działań społeczników i nie są inspirowane przez włodarzy miasta. Trzeba to mocno podkreślić, bowiem instytucje, które powinny się takimi zadaniami zajmować, czyli miejskie domy kultury oraz biblioteki dzielnicowe, działają biernie i zachowawczo. Te pierwsze organizują najczęściej zajęcia dla dzieci według klucza plastyka-teatr-taniec oraz spotkania z podstarzałymi gwiazdami dla dorosłych, a te drugie… dobre pytanie. Nie wiem co robią, oprócz magazynowania książek.

Dzielnicowe instytucje kulturalne w Katowicach, zapadły w długi sen zimowy gdzieś na początku lat 90. Organizują wątpliwej jakości i świeżości wydarzenia dla dzieci, którym najłatwiej jest wepchnąć cokolwiek, bo to rodzice decydują o ich uczestnictwie.

Jeżeli, ktoś jest w miarę świadomym odbiorcą kultury to na koncerty, spotkania autorskie, warsztaty czy spektakle udaje się do centrum. I nie ma się co dziwić, jeżeli nikt nie ułatwia pracy organizatorów ewentualnych "małych” wydarzeń w dzielnicach, to ci jeżeli już coś robią to właśnie w centrum. To tam mają kluby ze sprzętem nagłośnieniowym, to tu mają odpowiednie przestrzenie i w końcu to tu najłatwiej przyciągnąć ludzi, którzy krążą między szkołą, pracą, a knajpami.

Kiedy pod koniec dziewiętnastego wieku, bogaci mieszkańcy Soho przeprowadzili się na Manhattan, niegdyś elegancka dzielnica zaczęła zamieniać się w slamsy, zamieszkiwanie przez pracowników fabryk. W XX wieku zakłady pracy upadły, a rosnącą liczbę pustostanów zaczęto wynajmować artystom na pracownie i tanie mieszkania. Dziś to jedna z najdroższych dzielnic Nowego Jorku.

Kultura i wszelkie działania artystyczne, a zwłaszcza te małe, są świetnym narzędziem rewitalizacyjnym dla dzielnic. Oprócz wspomnianego Soho, mamy jeszcze przykłady: warszawskiej Pragi, berlińskiego Kreuzbergu, drezdeńskiego Neustadtu i wielu innych miast korzystających tego sprytnego patentu. Katowice dalej żyją w krakowskim przekonaniu, że śródmieście jest centrum kulturalnym i nic nie zapowiada zmiany w myśleniu włodarzy i większości mieszkańców. No nic oprócz kilku małych, maleńkich jaskółek.

Sebastian Pypłacz

poniedziałek, 2 lutego 2015

PRYWATYZACJA KULTURY


Są różne rodzaje prywatyzacji dobra wspólnego, a także procesu jego wytwarzania, ponieważ to dobro nie zawsze jest fizyczną rzeczą. Najczęściej gorszymy się agresywnym i widocznym zawłaszczeniem przestrzeni publicznej, którego dokonują na przykład właściciele działek podczas grodzenia przyległej części parku. Takie działanie słusznie nas oburza, ponieważ teren z definicji należy do wszystkich i jako taki powinien pozostać otwarty.


Schemat podobny do powyższego, ale ukryty w subtelniejszej i trudno rozpoznawalnej formie, możemy odnaleźć w sytuacji, gdy zadania publiczne jakiegokolwiek typu są w całości zlecane podmiotom zewnętrznym. Osoby, firmy lub organizacje pozarządowe – postrzegane jako „eksperci” – wykonują wówczas usługi w zakresie pomocy społecznej, działalności kulturalnej, czy planowania przestrzennego, nad czym jako mieszkańcy powoli tracimy kontrolę. Łatwo nad odmówić wtedy dostępu  do narzędzi nadzoru, ponieważ nie jesteśmy „profesjonalistami” i jako tacy nie znamy się na rzeczy.


Do czego to prowadzi i dlaczego tak się dzieje? Skutki i intencje mogą być oczywiście różne. Z jednej strony, celem decyzji o powierzeniu realizacji konkretnego projektu może być podniesienie jego jakości, a jej uzasadnieniem brak odpowiednich środków lub kompetencji. Jest to zrozumiałe i godne pochwały. Z drugiej strony natomiast, możemy mieć do czynienia z mechanizmem delegowania odpowiedzialności za sprawy kontrowersyjne na wykonawcę (pracowników społecznych, artystów lub urbanistów), do którego później kieruje się pretensje mieszkańców. W ten sposób rozmywa się polityczny walor rozporządzania sprawami wspólnoty, który powoli zamienia się w proces technokratyczny. To sprytna strategia pozbywania się problemu i unikania krytyki.


Czy te rozważania pomogą nam odnieść się do problemu zarządzania kulturą? Zatem...


Po pierwsze, warto zadbać o samorządowe instytucje kultury i ich profesjonalny charakter, co wcześniej analizował Michał Kubieniec. Organizujmy jednak publiczne i otwarte debaty przed wyborem ich szefów. Wtrącajmy się także do dyskusji o programie, który później proponują, o czym już wspominaliśmy po doniesieniach prasowych o odwołaniu Dominika Abłamowicza z funkcji dyrektora Muzeum Śląskiego. Opisane sprawy to sfera publiczna, a właściwie jedno z najważniejszych jej pól.


Po drugie, zlecajmy wykonanie zadań publicznych w dziedzinie kultury organizacjom pozarządowym, które mogą dysponować lepszym zapleczem logistycznym lub merytorycznym do ich przeprowadzenia, a także skuteczniej sieciować inicjatywy nieformalne. Zwróćmy więc uwagę chociażby na domy kultury prowadzone przez stowarzyszenia (INSPIRO w Podłężu).


Po trzecie, wspierajmy w sposób niefinansowy działania przedsiębiorców, którzy oprócz działalności komercyjnej próbują (re)animować życie ulic śródmiejskich. Przykładów z centrów polskich miast mamy bardzo dużo, co pozwala śledzić wzajemne wspieranie się ofert wydarzeń w przestrzeni publicznej i prywatnej lub konsekwencje jego braku (katowicka ul. Mariacka).


Po czwarte, twórzmy przestrzeń dla działań oddolnych, które inicjują spontanicznie sami mieszkańcy i użytkownicy miasta. Niekoniecznie muszą to być środki finansowe, co pozwoli jednak w pełni zrozumieć dopiero dokładna diagnoza oczekiwań i potrzeb.


Na koniec dwa zastrzeżenia. Mój tekst nie służy do obrony konkretnych decyzji dotyczących struktury instytucji kultury. Tym bardziej nie dowodzi, że którakolwiek z powyższych dróg jest lepsza od innej. Jest głosem, który wyrasta z przekonania, że o sprawach WSPÓLNYCH powinniśmy WSPÓLNIE rozmawiać, nie myląc jednocześnie kontroli społecznej z cenzurą. Powinniśmy debatować o wszystkich problemach bez różnicy, ponieważ tak jak rozbudowa układu drogowego jest problemem inżynierskim dopiero na samym końcu procesu jej planowania, tak też dzieje się w kulturze. Zarządzanie tą sferą jako procesem to dyskusja o tym, w jakim mieście chcemy żyć.


Paweł Jaworski