____ IDEA


Jesteśmy zanurzeni w mieście i miejskości.

Mieszkamy w Katowicach i codziennie korzystamy z przestrzeni, która tutaj powstaje. Właściwie to tworzymy ją za pomocą naszych działań zderzonych z decyzjami i wyborami innych użytkowników. Ten kontekst interesuje nas najbardziej. Czujemy się współodpowiedzialni za miasto, chcemy więc je lepiej rozumieć i mieć wpływ na to, jak funkcjonuje.


Kolektyw Miastoprojekt: Michał Kubieniec, Paweł Jaworski
________________________________________________________________________________________




niedziela, 3 stycznia 2016

SKORO NOWA URBANISTYKA JEST ODPOWIEDZIĄ, TO JAKIE JEST PYTANIE?



Stoję naprzeciw pustych działek przy al. Korfantego w Katowicach powstałych po wyburzeniu DH Centrum oraz Pałacu Ślubów i myślę o tekście na temat przebudowy tego miejsca, który napisałem półtora roku temu z Michałem Kubieńcem. Był to głos przeciwko postmodernistycznej koncepcji miasta zbudowanej na resentymencie, a w obronie modernizmu rozumianego jako umiejętność stawiania pytań projektowych i szukania na nie odpowiedzi. Nie chcieliśmy zderzać starej i nowej doktryny urbanistycznej, zawartej w projekcie konkursowym z 2006 r. oraz jego teoretycznych i publicystycznych uzasadnieniach, ponieważ nie interesowała nas dyskusja o własnych lub cudzych preferencjach. Wyszliśmy od intuicji, że rozważanie dylematu: śródmiejskie kwartały zabudowy z układem placów i ulic czy bloki swobodnie rozmieszczone w zieleni, prowadzi nas donikąd. Jest jałowe i ukrywa swoją ekonomiczną podstawę: gra nie toczy się przecież o estetykę, ale o gospodarowanie nieruchomościami. Idea dogęszczania w uproszczonej wersji wymaga nadal ciągłej krytyki i oporu, o czym przekonałem się w trakcie zeszłorocznych debat w różnych miejscach w Polsce. Składając noworoczne życzenia naszym pięknym miastom, wracam do tego, o czym wtedy rozmawialiśmy.

Chciałbym, żeby 2016 r. był czasem radykalnego myślenia urbanistycznego, czyli takiej formy, która sięga do korzenia (radix). Co to dokładnie znaczy? We wspomnianej „wypowiedzi założycielskiej” kolektywu MIASTOPROJEKT przywoływaliśmy fragment wstępu do Koszmaru partycypacji Marcusa Miessena. Jego autor, Kacper Pobłocki, analizował wizytę Jana Gehla w Poznaniu i pokazywał, jak bardzo dyskusja o projektowaniu przestrzeni publicznej może nas odciągnąć od zasadniczych problemów miejskich. Dzieje się tak chociażby wtedy, gdy zajmujemy się ławkami na placu, nie zastanawiając się, kto na nich będzie siedział, a raczej: kto tego nie będzie mógł zrobić, ponieważ nie będzie mógł do centrum dotrzeć lub nie będzie go na to stać. Podobnie sprawa wygląda z monumentalnymi gmachami kultury. 
Mieszankę wybuchową otrzymamy, gdy dołożymy powtarzane często mity o rzekomej dehumanizacji przestrzeni publicznej ukształtowanej na modernistyczną modłę. Nikt tego nigdy dokładnie nie zbadał, a obserwowanie życia sąsiedzkiego i projektów animacyjnych realizowanych przez samych mieszkańców oraz przedsiębiorców działających w takich miejscach dowodzi czegoś zupełnie przeciwnego.

Idea dogęszczenia miasta to po prostu realizowanie nowych obiektów na terenach, które przedstawiane są jako rezerwa inwestycyjna lub obszary zagospodarowane źle i nieefektywnie. Warto dodać, że są to konkretne działki, które przeważnie są naszym wspólnym, gminnym lub spółdzielczym dobrem. W ten sposób prywatyzujemy kolejną przestrzeń, a w zamian dostajemy – w najlepszym przypadku – chodnik wzdłuż witryn sklepowych, kilka drzew i kwietników oraz ławki ustawione co kilkadziesiąt metrów. Nie zadaliśmy sobie trudu, żeby pomyśleć, co jest naszym problemem, więc taki sposób projektowania miasta jest dla nas jedyną odpowiedzią. 

Nie mam gotowej recepty na to, w jaki sposób przekształcać przestrzeń wspólną. Na pewno chciałbym ją jednak dogęszczać społecznie, a nie inwestycyjnie, choć oczywiście wprowadzanie nowych rozwiązań architektonicznych może być elementem budowania dobrego miasta. Mam nadzieję, że w rozpoczynającym się właśnie roku będziemy mogli porozmawiać o tym, jak wykorzystać puste tereny założeń modernistycznych do generowania interakcji, potem pomyślimy o trwałej infrastrukturze, a na samym końcu zdecydujemy, czy i w jaki sposób zostaną sprzedane poszczególne działki pod realizację nowych wizji projektowych. Nie zapominajmy, że możemy to zrobić tylko raz.


Paweł Jaworski

środa, 30 grudnia 2015

NEONY WRACAJĄ

Wracają neony. Obecnie w postaci niewielkiej wystawy w Rondzie Sztuki w Galerii+. Ale nie tylko w takiej formie. Wracają też jako projekt, który swój początek miał w roku 2009. Chcąc ratować stare katowickie neony przed zniszczeniem, postanowiłem w ramach działania w stowarzyszeniu zbierać to, co jeszcze jest do zebrania. Swego czasu były one przecież wizytówką Katowic. Ich skala i ilość imponowała. Ale nie tylko to z mojego punktu widzenia warte jest odnotowania. Ważnym elementem było to, że wszystkie te napisy, szyldy, mrugające semafory były po prostu zaprojektowane. Przez zawodowców. Wcześniej zanim zajęły swoje miejsce w przestrzeni miasta, były oddane do ostateczniej akceptacji urzędowej (też przez zawodowców) aby ostatecznie zająć swoje należne miejsce i niejednokrotnie cieszyć oko. Dziś w zbiorach stowarzyszenia mamy ponad dwadzieścia mniejszych i większych szyldów uratowanych przed wyrzuceniem na złom. Oprócz wartości sentymentalnej mają one również wartość estetyczno edukacyjną.

W projekcie ‘NEON Katowice’ nie chodzi tylko o to, aby stare napisy znowu zaświeciły gdzieś w galerii. Chodzi o danie bodźca do dyskusji o jakości naszej wspólnej przestrzeni. Coraz szersze kręgi zatacza dyskusja o ilości i wielkości szyldów oraz reklam. Niedawno przyjęto ustawę krajobrazową. Widać,  że dostrzeganie bałaganu reklamowego to już nie fanaberia społeczniaków ale coraz istotniejsza kwestia utrwalająca się w świadomości mieszkańców.
I o to chodzi przede wszystkim w projekcie z neonami. Chodzi o to, żeby nam wszystkim uświadomić, że dobrze zaprojektowany szyld jest ważny. Tak dla firmy jak i dla przestrzeni wspólnej.

Chodzi o to, że warto się postarać. Warto posiadać nośnik reklamowy, który będzie jednocześnie budził zaciekawienie i poprawiał sprzedaż dóbr i usług. Jednocześnie będzie przyjazny dla przestrzeni miasta a być może stanie się jeszcze jednym z symboli okolicy jak niegdysiejszy pykający czajnik herbaciarni ‘Randia’ na rogu ulic 3 Maja i Stawowej? Wcale nie upieramy się przy neonach, chociaż uważamy, że taka forma reklamy ma w sobie to ‘coś’ i pasuje do Centrum Katowic aż nadto. Chodzi nam o to, żebyśmy się zastanowili czy reklamowy banerek to szczyt naszych możliwości reklamowych? Czy chodzi tylko o to, żeby jak najwięcej sprzedać? Czy może jednak chodzi o coś więcej?

Dominik Tokarski

piątek, 18 grudnia 2015

ŻEBY BYŁO ŁADNIE

Długo zastanawiałem się czy pisać ten tekst. A raczej komentarz. Wydaje mi się jednak, że temat powinien zostać publicznie poruszony. Choćby po to, żeby pokazać drugą stronę medalu. Inną perspektywę. Pobudzić do krytycznej refleksji. Może dzięki temu ktoś się zreflektuje i zobaczy, że nie zawsze chodzi o to, żeby było ładnie. Przynajmniej nie w temacie, który poruszam. A chciałbym wam napisać o tym co myślę o muralu, który powstał na skrzyżowaniu ulic 1 Maja i Dudy-Gracza oraz o wielu innych, podobnych realizacjach w całej Polsce. Zjawisko muralozy nie dotyczy przecież tylko Katowic, a sztuka w przestrzeni publicznej wymaga większego namysłu niż ten, który zafundowali nam artyści malujący ww. mural i dziennikarze go promujący.

Powstanie tej pracy uwiadomiło mi dwie rzeczy. Pewnie mało odkrywcze i oczywiste, a jednak w lokalnym kontekście pierwszy raz tak widocznie się one objawiły. Pierwsza rzecz to sam mural. Artyści stworzyli pracę bez treści, zupełnie wyrwaną z kontekstu i nie podejmującą żadnego dialogu z przestrzenią publiczną, mieszkańcami, miastem. Pracę estetyzującą, której głównym celem jest bycie ładną. Choć w tym przypadku jest to dosyć dyskusyjne. Jest ona zwykłym miejskim gadżetem, który będzie zbierał lajki, instafotki i komentarze miejskich oficjeli, że w mieście jest coraz ładniej. I tu powinno się pojawić pytanie, czy właśnie takiej sztuki w mieście potrzebujemy i chcemy? Czy chcemy pracy, która za nic ma miejsce, w którym powstaje, równie dobrze może powstać w każdym innym mieście albo na płótnie w galerii? Czy sztuka w mieście nie powinna wchodzić w relacje z otoczeniem, komentować i prowokować do dyskusji? Nie powinna zadawać trudnych pytań? Stwarzać pole do dyskusji o jakości przestrzeni publicznej, a nie tylko jej estetyce? W przypadku muralu na ul. 1 Maja mamy raczej do czynienia z czymś, co w przypadku kolorowania szarych bloków nazywa się miejską pastelozą. Bezrefleksyjnym traktowaniem przestrzeni publicznej. Mural nie jest tu narzędziem do mówienia o mieście, a celem samym w sobie. Formalną zabawą na żenująco niskim poziomie. Zjawisko, o którym piszę występuje wszędzie i wszędzie jest już mocno krytykowane. Powstało sporo publikacji, felietonów, odbyło się parę spotkań. A nasi dziennikarze, tak mocno zafascynowani powstałym muralem, jakby to przegapili. A może nawet nie byli zainteresowani. I tu dochodzimy do drugiej rzeczy, którą powstanie tej pracy świetnie pokazało. A chodzi o dziennikarską ignorancję. O chęć poszukiwania newsów. O powierzchowną analizę. Nasi lokalni dziennikarze wypowiadają się na każdy temat, a najczęściej na ten, o którym nie mają zielonego pojęcia. Są specjalistami od wszystkiego. I tak też było w tym przypadku. Nikt nie zadał sobie nawet trudu zbadania tematu. Nie spróbował przedstawić innego punktu widzenia. Bo właściwie po co? Mamy ładny kolorowy mural i tyle. Mamy atrakcyjnego newsa. I ciężko stwierdzić czy wynika to z wymogów redakcji, czy może z braku kompetencji samych dziennikarzy, czy braku chęci poznania tematu. Pewnie z wszystkiego po trochu. Szkoda, bo to właśnie dziennikarze mogliby tu pełnić istotną rolę w tworzeniu przestrzeni do dyskusji. Mogliby zadać parę pytań. Ale chyba nie specjalnie im na tym zależy. A może nie czują po prostu takiej potrzeby. Powstał ładny mural, więc po co się czepiać. Przecież w mieście chodzi właśnie o to, żeby było ładnie. Poziom refleksji jaki nam oferują niestety do tego się ogranicza.

I pewnie nie byłoby żadnego problemu, gdyby z jednej strony Panowie artyści potrafili uczciwie przyznać, że zrobili po prostu komercyjną reklamę, a nie dzieło artystyczne, a z drugiej dziennikarze nie wpadliby w zachwyt nad tym co powstało. A tak niestety po raz kolejny okazało się, że lokalny dyskurs, nie tyle o samej sztuce, bo ona jest tu najmniej ważna, ale o przestrzeni publicznej i mieście ogranicza się tylko do estetycznych egzaltacji. A to jest słabe.

wtorek, 15 grudnia 2015

SKOŃCZMY Z TYM ESK!


Przy okazji przeprowadzania przez zespół Fundacji Res Publica badań DNA Miasta w Katowicach, będących próbą przyjrzenia się polityce kulturalnej naszego miasta, naszła mnie pewna refleksja. Rozmawiając o stanie i kondycji kultury w Katowicach, często słyszę o przełomowym momencie jakim był start w konkursie o Europejską Stolicę Kultury. Moment, który uwolnił energie mieszkańców, wyzwolił w nich poczucie dumy i odpowiedzialności za swoje miasto. Sprawił, że chcieli działać na jego rzecz i współtworzyć jego kulturalny krajobraz. Sam zresztą biorąc udział w przygotowaniach konkursowych, byłem świadkiem zachodzącej zmiany. Dzisiaj często o tym wspominam, wskazując na pozytywny wpływ jaki tamten okres miał na nasze miasto i jego mieszkańców. Problem jednak w tym, że z dzisiejszej perspektywy ciągłe odwoływanie się do konkursu ESK niewiele nam już mówi o jakości kultury w naszym mieście. A na pewno nie pomaga nam w stawieniu czoła wyzwaniom i problemom jakie przed nami stoją.

Konkurs ESK choć bardzo pozytywnie wpłynął swego czasu na Katowice, dziś już nie może mieć mocy sprawczej, a strategia mu towarzysząca może nam więcej zaszkodzić nic pomóc. Wynika to z prostego faktu, że zmiana, która wtedy zaszła opierała się przede wszystkim na emocjach, zrywie, pozytywnej wierze w miasto i własne siły. A taka zmiana jest zawsze krótkofalowa i po pewnym czasie przemija, jeśli nie wykonamy nad sobą merytorycznej pracy. A ta mam wrażenie jest cały czas przed nami. Po konkursie zamiast poświęcić czas na stworzenie polityki kulturalnej z pierwszego zdarzenia, skupiliśmy się na ciągłym powoływaniu się na konkurs ESK, na tym jak jest fajnie, jacy jesteśmy aktywni, jak dużo się dzieje. To tzw. ‘dzianie się’ przybrało wręcz mityczny charakter i zawładnęło naszym myśleniem o kulturze. Czym więcej się działo, tym było lepiej. Bez specjalnej refleksji nad treścią i sensem. Dzisiaj wydaje się, że właśnie takiej refleksji najbardziej potrzebujemy. I niekoniecznie musi tu chodzić o stworzenie kolejnego dokumentu za grube miliony, który trafi do urzędniczej szuflady, a raczej o wprowadzanie konkretnych rozwiązań, która sprawią, że kultura w mieście będzie się realnie rozwijać, wpływając na jakość życia swoich mieszkańców, jak również tworząc aktywne i odpowiedzialne za swoje miasto wspólnoty. Kultury dostępnej i włączającej mieszkańców w procesy zmian, nie stworzy się pojedynczym emocjonalnym zrywem. Oczywiście, że emocje również są potrzebne, mają siłę budowania, jednak nie można na nich poprzestać. Dzisiaj zamiast fascynowania się zmianą jaka zaszła, sprawmy, żeby miała bardziej trwały charakter. Zastanówmy się nad odpowiednim finansowaniem kultury, przejrzystymi konkursami na dyrektorskie posady, wspieraniem kultury dzielnicowej i nieformalnych inicjatyw, programami miejskich instytucji, wspieraniem procesów rewitalizacji czy edukacją kulturalną. To tylko niektóre z problemów, które są jeszcze przed nami. Do ich przezwyciężenia potrzebne są jednak systemowe i kompleksowe rozwiązania.

Mam nadzieje, że badania prowadzone przez zespół Fundacji Res Publica, choć trochę pomogą nam w ich wdrażaniu, nakierowując na najbardziej palące potrzeby i problemy. Reszta zależy tylko od nas samych i naszej chęci zmiany. Tym razem bardziej realnej, mniej wizerunkowej. Zamiast czekać na kolejny tytuł, zacznijmy powoli i systematycznie przebudowywać naszą kulturę. Tak, żeby służyła mieszkańcom i była przez nich współtworzona. A dzięki temu z miasta wielkich wydarzeń i dobrych eventów staniemy się prawdziwym miastem kultury.

Michał Kubieniec

piątek, 30 października 2015

PEDAGOGIKA ODPOWIEDZIALNOŚCI ZA MIASTO


Tekst Miasto werbusów rozpoczął ważną dla mnie przygodę intelektualną związaną z poszukiwaniem podstawy zaangażowania w życie miejskie. W centrum mojego zainteresowania był i jest nadal jego fundament moralny, którego nie można zredukować do aspektów psychologicznych: zakorzenienia oraz związku emocjonalnego z konkretnym miejscem, a także mniej lub bardziej elitarną wspólnotą. Książka Nowi Ślązacy. Miasto, dizajn, tożsamość i projekt kuratorski realizowany wspólnie z jej autorką, Zofią Oslislo-Piekarską, otwierają kolejny rozdział tej wyprawy. Dlaczego?

We wspomnianym tomie pojawia się wywiad z Irmą Koziną. Historyczka sztuki analizuje specyfikę życia społecznego na Górnym Śląsku i szuka zarazem doświadczeń źródłowych dla tożsamości lokalnej. Z tego powodu przywołuje dwie sytuacje. Pierwszą jest poczucie odpowiedzialności za drugiego człowieka, z którym pracujemy w ciężkich warunkach, drugą natomiast – za otaczającą nas przestrzeń, wspólnie przekształcaną na szeroką skalę. W podobnym duchu wypowiada się Tadeusz Sławek, choć i on nie udziela odpowiedzi na pytanie równie ważne jak rozważania o istocie: w jaki sposób tę odpowiedzialność kształcić.

Zanim pójdziemy dalej, zrobimy ostry zwrot. Teraz naszym przewodnikiem będzie Aleksander Jankowski, urzędnik kolejowy, pedagog i twórca pierwszych organizacji turystycznych w kraju. Wybór takiego patrona nie jest przypadkowy z dwóch powodów. Jest on autorem pogłębionej koncepcji działań, które nazywam „pedagogiką odpowiedzialności za miasto”. Ponadto, dzięki realizowanemu z zapałem zainteresowaniu krajoznawstwem, opartemu na świadomie przeżywanym podróżowaniu, jego ogląd jest praktycznie uzasadniony, bogaty i rozbudowany, a także odporny na ksenofobiczną racjonalizację braku wyboru i alternatywy.

Sięgnijmy zatem po jego dzieło: Ducha Warszawy. Pogadanek krajoznawczych o Warszawie z 1917 r. Ta niewielka książka znakomicie ilustruje dwie koncepcje kształcenia odpowiedzialności, które pojawiają się jako zasadniczo złączone, a takie wcale nie są. Z jednej strony jest to psychologizująca narracja tożsamościowa, zbudowana na emocjach pojawiających się w trakcie opowiadania „o dniach chwały i dumy, o dniach smutków i upokorzenia”, oparta na związku „ducha dziecka z duchem miasta”. Gdy przyjmiemy tę perspektywę, to gramy o zmianę sposobu przeżywania, dzięki czemu możemy „patrzeć inaczej, czuć głębiej, kochać goręcej, szanować i cenić, jak na to stare te mury zasługują”. Z drugiej strony mamy ideę odpowiedniego wychowania szkolnego, obejmującego historię i geografię Warszawy, rozwijanego przez wędrówki, sensowne tylko wtedy, gdy uda się „spacer połączyć z wyprawą celową do tej lub owej dzielnicy miasta, lub do tej, czy owej pamiątki”. Wyższym poziomem tego procesu pedagogicznego jest organizowanie działalności społecznej młodzieży w grupach, których celem „byłaby opieka nad czystością i porządkiem w mieście, opieka nad plantacjami, nad zabytkami i t. p.”. To oferta dla zdolniejszych, którzy mogliby później stać się przewodnikami „dla klas niższych i ubogiej dziatwy”.

Produktem podejścia emocjonalnego jest w tej sytuacji duma, a intelektualnego – odpowiedzialność. Prowadzi do niej długa droga, którą rozpoczyna doświadczenie swobodnego korzystania z przestrzeni miejskiej pogłębiane przez refleksję i edukację, a zamyka właśnie zaangażowanie. Werbus jako zwierzę polityczne może więc brać za miasto odpowiedzialność, nie wiążąc się z nim w żaden szczególny sposób.


Paweł Jaworski

czwartek, 29 października 2015

NOWI ŚLĄZACY

Po długich staraniach została wydana jedna z najciekawszych publikacji o współczesnym Śląsku i osobach, które go współtworzą. I nie jest to na szczęście kolejna rozprawa o tożsamości i jej etnicznych konotacjach. Nie próbuje definiować prawdziwych Ślązaków z korzeniami, wykluczając tych którzy tutaj przyjechali na studia czy do pracy. Nie chce uczestniczyć w jałowym sporze, w którym prawo wypowiedzi i mówienia prawdy o regionie leży zawsze po stronie rdzennych mieszkańców. Nie tworzy tez sztucznych podziałów. Ta książka to ' Nowi Ślązacy. Miasto, dizajn, tożsamość.' Zosi Oslislo- Piekarskiej.

Jest to zbiór wywiadów z osobami, które działają w regionie na bardzo różnych polach. Od razu podkreślę, że jestem jedną z  osób wypowiadających się w książce, dlatego też moja opinia na jej temat pewnie będzie mało obiektywna. Nie zmienia to jednak faktu, iż uważam, że to publikacja niezwykle ważna i potrzebna. A Zosi bardzo dziękuje za możliwość udziału w jej powstaniu. Przejdźmy jednak do samej książki. Opisani są w niej aktywiści, artyści, projektanci, kuratorzy czy lokalni przedsiębiorcy. Wszystkich ich łączy nie tylko Śląsk. Łączy ich rowniez aktywne włączanie się w życie regionu i w procesy zmian, które w nim zachodzą. Wywiady poprzedzone zostały esejem Zosi pokazującym w szerszym kontekście działania bohaterów książki. Autorka pokazuje jak ich postawy kształtowały się czy to dzięki staraniom Katowic o Europejską Stolicę Kultury, czy rozwojowi designu na Śląsku, czy też wyburzeniu słynnego Brutala. To co jednak najciekawsze to fakt, że autorka nie wybrała do swojej książki tylko rodowitych Ślązaków. Są tu ludzie, którzy przyjechali tu, postanowili zostać i działać. Bez dzielenia na lepszych i gorszych, autorka postanowiła stworzyć alternatywną definicje Nowego Ślązaka. Kogoś kto aktywnie działa, chce współtworzyć swoje otoczenie i czuje się za nie odpowiedzialny. To stosunek do tego co wspólne go definiuje, a nie etniczna przynależność. Nie istotne jest czy się tu urodził, czy ma przodków ze Śląska, czy mówi godką. Istotna za to jest jego obywatelska aktywność i chęć włączenia się w proces zmiany. Autorka świetnie uchwyciła moment, w którym takie podejście zaczęło się na Śląsku pojawiać. Zebrała w jednej publikacji grupę osób, które pomimo wielu różnic, łączy właśnie podobne definiowanie siebie jako Ślązaka. Nawet jeśli nie mówią tego wprost, to ich działania mówią o tym za nich. Zmiana, która nastąpiła to głos nowego pokolenia. Pokolenia, które nie wstydzi się tradycji regionu, ale też nie zamierza jej bezkrytycznie powielać. Pokolenia, które szuka, pyta i próbuje nakreślić współczesny obraz Śląska.

Śląsk dzisiaj to już nie ten opisywany przez Kutza czy Majewskiego. To już nie jest mityczna kraina, inna od wszystkich i żyjąca w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Śląsk potrzebuje dzisiaj nowych definicji. Takich, które umiejscowią go we współczesnych kontekstach społecznych, politycznych czy ekonomicznych. Gdzie przenika się lokalne i globalne. Bez etniczych odniesień, za to z poczuciem odpowiedzialności za miejsce, w którym się mieszka. Książka Zosi Oslislo jest pierwsza próba takiego opisu, otwierającą dyskusje na nowe idee. To lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć dzisiejszy Śląsk. I punkt wyjścia do dalszych poszukiwań.

poniedziałek, 19 października 2015

SUPERSAM- ŁADNY CZY BRZYDKI?

No i powstał nowy Supersam. Po wielu protestach i dwóch latach budowy jest i nic tego nie zmieni. Jedni się cieszą i robią sobie selfie na otwarciu, inni narzekają na brzydotę jaką nam zafundowano, oczywiście przekazując wszystkie detale z samego otwarcia. Architekci, inwestorzy, dziennikarze, politycy wszyscy razem otwierali dla nas ten obiekt, czy go lubili czy nie. Wydarzenie roku w Katowicach. Chyba Nawet Muzeum Śląskie nie może się pochwalić tak hucznym i szeroko opisywanym otwarciem. Pomijając już fakt uczestniczenia tylu oficjeli w tej prowincjonalnej fieście, warto skupić się na czymś zupełnie innym. Bo niech uczestniczą i potem oceniają, krytykują lub chwalą. Ale niech wnioski, które wyciąga każda ze stron nie ograniczają się tylko do tego, czy jest ładnie czy brzydko. Dobrze by było żeby w Katowicach wreszcie zrozumiano, że w mieście jednak chodzi o coś więcej niż żeby było ładnie.


I tak z jednej strony mamy ataki na brzydką elewację, wykończenia wnętrz czy niedopasowane reklamy, a z drugiej strony zachwyty nad skalą obiektu i jego rzekomo niebanalną bryłą. Ta dyskusja świetnie obrazuje naszą lokalną skłonność do mówienia o architekturze tylko w kategoriach ładnie / brzydko i w konsekwencji do estetyzacji samego miasta. Nie interesuje nas polityczny, ekonomiczny czy społeczny wymiar architektury, przez co oddalamy się od rozmowy o realnych problemach, ich przyczynach i konsekwencjach.


Zamiast o rozwiązania formalne spytajmy więc o wpływ na kondycję lokalnego handlu i problem pustostanów. Czy na pewno, jak twierdzi Tomasz Konior, a wtóruje mu Prezydent Krupa, ten obiekt ożywi miasto? Czy może jednak dobije małych przedsiębiorców? Spytajmy też o wpływ na komunikację w śródmieściu. Czy przypadkiem ten obiekt, wraz ze swoim wielkim parkingiem nie zwiększy ruchu samochodowego w okolicy? Jak budowa tego obiektu ma się do założeń Urzędu Miasta o wyprowadzaniu ruchu samochodowego z Śródmieścia, tworzenia stref tempo 30 i chęci stawiania na ruch pieszy i komunikację rowerową? Warto też zastanowić się nad tym czy chcemy opierać swój rozwój na zewnętrznych wielkich inwestorach, poszukujących taniej siły roboczej i stref obniżonych podatków ( jeśli w ogóle je u nas płaca), czy na wzmacnianiu wewnętrznej siły miasta, opartej na budowaniu i wspieraniu lokalnego biznesu? Zostając przy taniej sile roboczej nie zapomnijmy spytać również o warunki pracy i płace robotników na budowie. Zastanówmy się też czy zakupy chcemy robić w centrach handlowych czy na lokalnych targowiskach, w sklepikach i restauracjach? W natłoku pytań nie zapomnijmy o najważniejszym- czy My mieszkańcy mamy wpływ na to jak działa nasze miasto, czy może politycy i inwestorzy podejmują najważniejsze decyzje bez konsultacji z nami?


Jak odpowiemy sobie na te pytania i pewnie jeszcze parę innych, to wtedy będziemy mogli poświecić czas na pisanie poezji o finezyjnych detalach, skali i formie budynku czy doborze materiałów. Bez zrozumienia realnych problemów nie będziemy w stanie rzeczowo rozmawiać o mieście. Mam wrażenie, że w Katowicach cały czas pływamy po powierzchni i skupiamy się na tym co mało istotne. Supersam to po prostu po raz kolejny pokazał.

Michał Kubieniec