Na moim stosie "Zaległości z 2014 roku" pozostał jeszcze tylko jeden z numerów "Polityki", który był poświęcony Śląskowi, a przede wszystkim "pierońsko gryfnym Katowicom". Teraz zatem po niego siegam.
Dlaczego w ogóle do niego wracam? W środku pojawił się zestaw klisz tak dobrze znanych wszystkim, którzy tu mieszkają, ale nie "som stond". I nie zawsze chcą być. Nie są one dla mnie i dla wielu innych osób oczywiste, jednak ciągle powracają w debatach o tym miejscu. Chociażby o jego życiu politycznym, społecznym i działających tu instytucjach kultury (np. Muzeum Śląskie). O co konkretnie chodzi? O przymusową germanizację oraz polonizację. O figurę Innego. O dyskurs tożsamościowy oraz pytanie o tradycję i zakorzenienie. O utopijne i zachwycające wyobrażenie o wspólnocie górniczej oraz dystopijne i przerażające o jej rozkładzie. Wreszcie o ideę "małej ojczyzny", w domyśle przeciwstawionej "dużej ojczyźnie". Umieszczonej oczywiście w kontekście (wyczerpanych już chyba) rozważań o Europie Regionów, którą zastępuje o wiele według mnie ciekawsza rozmowa o Europie Miast. Po reanimacji jest to również dyskusja o Europie Państw.
Czy musieliśmy otrzymać taki właśnie zestaw? "Polityka" chciała sportretować Katowice, a namalowała wizerunek z profilu. Dość skrzywiony, wydestylowany i - niestety - do bólu stereotypowy. Bardzo duża część doświadczenia mieszkańców z tego powodu wyparowała. W szczególności opowieść o mieście, do którego można z dnia na dzień przyjechać, rozpocząć od przysłowiowego zera i w miarę łatwo realizować swoje plany. Jeżeli tylko jest się wystarczająco upartym, konsekwentnym oraz nastawionym na współdziałanie. Tak przedstawiał się Górny Śląsk moim rodzicom i w ogóle całej rzeszy werbusów. Ludziom, którzy ściągali tu w poszukiwaniu miejsca dla siebie z rożnych stron kraju w pierwszych, euforycznych latach dekady Gierka, ale również w okresie późniejszego kryzysu gospodarczego. Przyjeżdżali przede wszystkim za pracą, którą znaleźli właśnie w "siedlisku nowoczesności (...), retorcie kolosalnej" (Stefan Żeromski). Zamieszkali w jednej z "betonowych szuflad" – jak bloki wielkopłytowe nazywał Karol Habryka – wraz z innymi werbusami. Z tego powodu nie musieli identyfikować się z czymkolwiek. Z żadną tradycją lokalną, a właściwie konkretnym, wybiórczym wyobrażeniem o jej kształcie. Nikt ich też o odstępstwo od ortodoksji nie mógł oskarżyć.
W taki sposób odkrywam teraz ten obszar sam dla siebie.
Wskazany komentarz do artykułów w "Polityce" spotkał sie z wieloma zarzutami. Wytknięto mi m.in. to, że patrzę na Katowice z perspektywy własnego, ale jednocześnie dość powszechnego doświadczenia, które nic nam nie mówi o wyjątkowości Górnego Śląska. Teraz chciałbym na ten argument odpowiedzieć przywołując trzy intuicje.
Po pierwsze: budowanie i badanie idei miasta nie musi w ogóle odwoływać się do rozważań o regionie, w którym funkcjonuje, ponieważ różnorodna kultura miejska ma swoją własną, wewnętrzną i względnie autonomiczną wartość. Z tego powodu nie można posłużyć się figurą pars pro toto i powiedzieć, że esencją Górnego Śląska są Katowice. Tak jak Katowice to nie jest wyłącznie Górny Śląsk. Co więcej, może być ona również niespójna ze względu na wyjątkową historię, kulturę i topografię układu dzielnic.
Po drugie: w pojęcie tożsamości wcale nie musimy wkładać elementów unikatowych. Możemy ją - odmiennie - uznać za specyficzne i świadome układanie różnych treści, które przywozimy z wielu miejsc. Nie musimy zatem rozmawiać o tym, co otrzymujemy w spadku i dziedziczymy, ale o tym, co nadaje nam spójność i jest efektem naszej pracy. Nad sobą oraz swoim otoczeniem. Zamiast rozważań o tożsamości-rzeczy proponuję więc debatę o tożsamości-procesie.
Od razu zaznaczam przy tym, że we wszystkich wylistowanych przypadkach "nie musi" wcale nie oznacza od razu, że "nie może". Moim zadaniem jest jednak odnowienie przepięknego modernistycznego wyobrażenia (i marzenia) o Katowicach jako mieście przyjezdnych, którzy nie potrafią lub nie chcą się zakorzenić, ale jednocześnie wybierają opcję pełnego zaangażowania w rozwój tego miejsca. W mojej opinii to metafora, która może nam bardzo pomóc w zrozumieniu racjonalności takich decyzji. Pisząc i mówiąc o takich Katowicach będę zatem konsekwentnie używał pojęcia "włączanie się", odsyłając do terminu "obywatel plug-in", którym posługuje się Krzysztof Nawratek. Będę uciekał tym samym od słowa "przynależność", które zawsze zakłada podporządkowanie się. I "mocny" status tej przestrzeni, w której lądujemy.
Mój werbus werbuje się chętnie do życia miejskiego i na nie wpływa. Nie przynależy jednak do żadnej, jakkolwiek zdefiniowanej lub wyobrażonej społeczności górnośląskiej. Tym bardziej nie tworzy alternatywnej wspólnoty werbusów ze ścisłymi regułami selekcji i ograniczaniami dostępu. Nie może być inaczej, ponieważ nie podziela z innymi niczego ponad wolę współpracy. Odsłaniając karty: nie chcę nadmiernie przeceniać środowiska, w które jako werbus wchodzę po przeprowadzce do Katowic. Kontekst, w którym się znalazłem ma dla mnie oczywiście znaczenie i dlatego biorę go pod uwagę, gdy tutaj działam. Nic jednak ponad to. Uciekam tym samym od postmodernistycznego resentymentu, który wikła się w polityczny paradoks jajka - polis i kury - jednostki. Jednocześnie unikam liberalnego mitu wyzwolenia się z wszelkich ograniczeń i nieskrępowanej mobilności. Przekierowuję dyskusję o Katowicach z kolein wyżłobionych przez pytanie “co nas rożni?” na tory pytania “co możemy razem zrobić?”. Nie koniecznie drążąc uprzednio, skąd i kim jesteśmy.
W tym momencie chciałbym jeszcze powrócić do najlepszego ćwiczenia intelektualnego, które pozwala bronić się przed tradycją i zdefiniowanymi tożsamościami. Jest nim oczywiście dokładne studiowanie historii. W tym kontekście budowanie świata na poziomie minimum - werbowania, czyli przeprowadzki za pracą - odwołuje się do pewnie trochę już zapomnianego, ale typowo górnośląskiego doświadczenia wyjazdu do Altreichu w poszukiwaniu wyższych zarobków. Dziś nie pamiętamy, że na początku XX wieku był to najpoważniejszy problem lokalnych przedsiębiorstw przemysłowych, które pod względem wysokości pensji nie były w stanie konkurować z kopalniami i hutami w Zagłębiu Ruhry. Nie zwracamy uwagi na to, że z tej oto otwartości na poszukiwanie lepszego miejsca zrodziło się wiele istotnych treści kulturowych. Jakich konkretnie? Chociażby myślenie o lepszym projektowaniu kolonii robotniczych. Ponadto - pisząc nie całkiem poważnie - jedno z trzech najważniejszych świąt, których nazwy zaczynają sie na literę “G”. Grosse Pake, które pojawia się w towarzystwie Geltag oraz Geburtstag.
Czy takiego werbusa nie określa jednak współcześnie nijaka “tożsamość supermarketu”, która tworzy przestrzeń miejską i społeczną bez właściwości? Czy nie traktuje on Katowic jak jedno z miast, które leży na półce z rożnymi towarami: dzielnicami, społecznościami i wydarzeniami? Czy jest osobą, która wybiera tylko to, co mu w danej chwili odpowiada? Takim wydumanym zarzutom ostateczny cios zadaje praktyka. Bycie werbusem jest źródłem (nie tylko mojego) pełnego zaangażowania w sprawy miejsca zamieszkania, gdzie jedynym warunkiem włączenia jest zaakceptowanie reguł lub skuteczność pracy na rzecz ich gruntownej przebudowy. Pierwszą strategię przyjęłem na początku, żeby przygotować się do drugiej. Złożonej z działań kolektywu Miastoprojekt, Fundacji Napraw Sobie Miasto i grupy Pobudka Koszutka.
Moje miasto to Katowice katowiczan, czyli miejsce ludzi, którzy “wpinają się" w jego strukturę, a przez to ją przetwarzają i nadają jej nową logikę. Miasta, które tworzy wspólnotę przez pracę (również na jej rzecz), a nie jakąkolwiek zadekretowaną tożsamość - etniczną lub kulturową.
Paweł Jaworski