____ IDEA


Jesteśmy zanurzeni w mieście i miejskości.

Mieszkamy w Katowicach i codziennie korzystamy z przestrzeni, która tutaj powstaje. Właściwie to tworzymy ją za pomocą naszych działań zderzonych z decyzjami i wyborami innych użytkowników. Ten kontekst interesuje nas najbardziej. Czujemy się współodpowiedzialni za miasto, chcemy więc je lepiej rozumieć i mieć wpływ na to, jak funkcjonuje.


Kolektyw Miastoprojekt: Michał Kubieniec, Paweł Jaworski
________________________________________________________________________________________




poniedziałek, 3 sierpnia 2015

SPORT A MIASTO



Pewnie dla wielu czytelników tego bloga sport sam w sobie jest mało interesującym zagadnieniem, nie wnoszącym specjalnie nic ciekawego do debaty o mieście, a do tego kojarzonym raczej z  ogromnymi wydatkami na stadiony, hale sportowe, aquaparki, czy wielkie wydarzenia, a nie z czymś, co może pełnić istotną rolę w kształtowaniu miejskiej przestrzeni, jak i walczeniu o jej publiczny charakter. Ze względu na swoją sportową przeszłość i związane z nią zainteresowanie tematem będę się starał - dla odmiany - pokazać, że nie musi być drogą fanaberią władz samorządowych, lecz ważnym czynnikiem budującym miejską wspólnotę. Oczywiście wszystko będzie mocno osadzone w katowickim kontekście, który jak zwykle wymaga ode mnie trochę krytycznego podejścia lub - jakby powiedzieli niektórzy - zwykłego internetowego hejtu.
 
Zacznijmy zatem od samych Katowic i od skrótowego przyjrzenia się temu jak wygląda w nich sport na co dzień. Katowice, podobnie jak inne duże miasta w Polsce, organizują wiele bardzo drogich imprez sportowych na światowym poziomie. Niestety nie wykorzystują tego faktu do wypromowania danych dyscyplin, stworzenia dzielnicowej infrastruktury do ich trenowania i budowania wokół tego profesjonalnych sekcji sportowych, których w mieście jest jak na lekarstwo. Ogólnie: brakuje szerszej strategii dla sportu w mieście. Zarówno tego amatorskiego, jak i profesjonalnego, bo przecież jeden nie jest w stanie funkcjonować bez drugiego. Najlepszym tego przykładem jest tegoroczny turniej tenisowy Katowice Open, który miasto dofinansowało kwotą 1,5 mln złotych, a w którym uczestniczyła garstka kibiców. Nie buduje się wokół turniejów popularności danych dyscyplin, ani nie stwarza się warunków do ich trenowania. Więc w zasadzie mamy imprezy sportowe raz do roku, a po nich nic się nie dzieje, bo nie ma gdzie, nie ma komu i nie ma po co. Brak liczących się w kraju sekcji czy klasowych sportowców w tak dużym mieście nie jest raczej powodem do dumy. W celu ich zbudowania nie wystarczy zorganizować dużego turnieju. Ten proces zaczyna się dzięki dostępności i otwartości infrastruktury oraz wspieraniu dzielnicowej i amatorskiej aktywności, która może być zapleczem dla profesjonalnych klubów.
 
Przechodząc do sedna, jeśli chcemy mieć w mieście sport na co dzień, a nie od święta, to musimy powrócić w myśleniu o nim do trochę zapomnianej dzisiaj idei sportu jako publicznej i dostępnej aktywności. Ta kategoria - mocno podkreślana choćby przez modernistów, ale  dostosowana do współczesnych realiów - może pozwolić nam nie tylko na stworzenie warunków do rozwijania samego sportu, ale również na budowanie wspólnoty miejskiej i odzyskiwanie publicznego charakteru miejsc z nim związanych. To może być zwykła siłownia pod chmurką, ścieżki rowerowe, wielofunkcyjne boiska czy inne miejsca dla sportu i rekreacji - w parkach, na skwerach, w podwórkach, czy na placach. Takie przestrzenie, jeśli będą projektowane wspólnie z mieszkańcami, mogą stać się dostępnymi  dla każdego i lubianymi miejscami spotkania i aktywności. Nie chodzi tu o wydzielone płotem “orliki” pod ścisłą kontrolą, czy przyszkolne hale sportowe, dostępne dla mieszkańców przez 2 godziny dzienne, a o przestrzenie otwarte, wkomponowane w miasto, będące jego częścią składową. Bez ogrodzenia, oddzielenia i swego rodzaju gettyzowania.
 
Ciekawym przykładem opisanego podejścia do sportu jest idea skweru sportów miejskich, którą próbuje się wprowadzać w życie w Warszawie. To miejsce, gdzie spotykają się różne pokolenia i różne dyscypliny. Od rolkarzy i skaterów po szachistów, tancerzy i dzieci korzystające z placów zabaw. Do tego w miejscach tych mogą znajdować się kawiarnie, dzielnicowe domy kultury oraz sceny do plenerowych występów. To sprawia, że te wielofunkcyjne przestrzenie stają się centrami życia dzielnicowego i często przywracają mieszkańcom zapomniane fragmenty miasta.
Równie inspirujące podejście do sportu w mieście można było zaobserwować w ramach wrocławskiego projektu Out of Sth. Organizatorzy zapraszali na otwarte pikniki na zaniedbany i opuszczony tor kolarski, promując nie tylko aktywność rowerową, ale również publiczny charakter tej przestrzeni, którą należy odzyskać dla mieszkańców. Interesujący jest fakt, że Out of Sth nie jest projektem sportowym, a artystycznym, prowadzonym przez galerię BWA, co pokazuje, że granice między różnymi miejskimi aktywnościami są płynne. Wszystkie razem i każda z osobna może posłużyć do walki o lepsze miasto i przestrzeń publiczną.
Takich działań i takiego podejścia do sportu w Katowicach najbardziej brakuje. Sportu dla mieszkańców i wspólnie z nimi tworzonego. Nie chodzi tu o przeciwstawianie sobie wielkich wydarzeń i drobnych dzielnicowych aktywności, gdyż one mogą i powinny się uzupełniać, lecz o zachowanie rozsądnych proporcji.
 
Kluczowe jest jednak pytanie, dla kogo właściwie sport w mieście ma być? Moim zdaniem powinien być przede wszystkim dla mieszkańców, a z tym niestety aktualnie mamy duży problem.


poniedziałek, 11 maja 2015

ANTYMODERNISTYCZNA MODA NA MODERNIZM


Modernizm stał się w Polsce modny. Po latach pogardy został wreszcie doceniony, dlatego publikuje się książki na jego temat, organizuje spotkania, spacery czy protesty w jego obronie. Już nie podobają nam się historyczne starówki – teraz liczą się tylko beton i bloki. Wszystko pięknie, sam się modernizmem jaram, jednak wydaje mi się, że przyjęliśmy go bezrefleksyjnie. Albo inaczej: ograniczamy się jedynie do sfery wizualnej, pomijając cały ideowy bagaż, który za nim się kryje. Podziwiamy detal architektoniczny, zabawy formą i zastosowane materiały. Bronimy modernistycznej architektury za wszelka cenę, chcąc ją zachować w niezmienionym kształcie. Oceniamy ją pod czujnym okiem konserwatorów i historyków, patrząc w zasadzie tylko na estetyczną oraz historyczną wartość budynku. Chcąc być postępowi, staliśmy się konserwatywni, a nasza obrona stała się z ducha antymodernistyczna.
 
Dlaczego tak uważam? Modernizm to chęć ciągłej zmiany, przemyślenia swoich założeń i ich redefinicji. To zaczynanie wszystkiego od nowa. Wieczna przebudowa. Brak ciągłości. Niechęć do patrzenia w przeszłość. My natomiast potraktowaliśmy go jako nietykalne dziedzictwo, które trzeba zachować, a nie materiał do udoskonalenia. Zresztą sami architekci modernistyczni przywiązali się do swoich dzieł, a nie zasad, które głosili. Chciałbym – dla odmiany – oddać hołd modernizmowi jako żywej idei, która jest punktem wyjścia do przepracowania własnego światopoglądu. Nie interesuje mnie ograniczenie do estetyki, odcięte od kontekstu społecznego czy politycznego, ponieważ wówczas cały nurt jest bagatelizowany. Nastawienie wyłącznie na ochronę modernizmu jako dziedzictwa zakrawa o konserwatywną zachowawczość.

Refleksja ta powraca do mnie co jakiś czas, gdy jestem świadkiem kolejnej debaty czy protestu, w których zaciekli obrońcy modernizmu nie pozwalają na jakiekolwiek krytyczne myślenie. Z góry zakładają, że strona przeciwna jest niedouczona i z tego powodu nie potrafi docenić fenomenu nowoczesnej architektury. Czy taka postawa nie jest przypadkiem zaprzeczeniem myślenia modernistycznego? Czy to odwoływanie się do dziedzictwa i przeszłości nie jest tym czego moderniści najbardziej się obawiali?

Dobrym przykładem takiej drogi może być niedawne oburzenie związane z chęcią przebudowy Domu Handlowego Skarbek. Nie pokazano żadnego projektu, wystarczyło że właściciel zapowiedział przebudowę i prawdopodobne usunięcie słynnych łusek z elewacji. Fakt, jest to bardzo charakterystyczny element w krajobrazie Katowic i może warto go zachować. Czy nie powinniśmy jednak najpierw zobaczyć, z czym się ta przebudowa wiąże i co może wnieść nowego? Nie tylko na płaszczyźnie estetycznej. Czy nie o tym powinniśmy dyskutować? Rozumiem – i podzielam – obawy związane z tym, ze firma Społem nie zaproponuje niczego ciekawego, o czym już parokrotnie nas przekonała. Nie zmienia to jednak faktu, że możemy i powinniśmy myśleć o zmianach nie tylko w tym obiekcie, ale również w całym mieście. Ciągle taką dyskusję podejmować, nie traktując wartości historycznej jako bezwzględnej i niepodważalnej. W ten sposób zrobiła choćby warszawska Fundacja Galerii Foksal, decydując się na przemianę swojej modernistycznej siedziby – mimo licznych protestów i krytyki.

Czy DH Skarbek powinien być zachowany w dotychczasowej formie, czy w ogóle powinien zniknąć? Decyzje powinniśmy podjąć dopiero po rzetelnej i wieloaspektowej refleksji. Mamy jednak prawo pomyśleć o zmianie, ponieważ to zawsze pozwala nam szukać nowych rozwiązań. Chroni nas również przed konserwatywną stagnacją.

Bez odwagi radykalnego myślenia nie zbudujemy lepszego miasta.



środa, 22 kwietnia 2015

POCHWAŁA POLITYCZNOŚCI


Kamienicę przy ul. Mariackiej 32 w Katowicach w niedzielę zajęła grupa ludzi, która wcześniej protestowała przeciwko VII Europejskiemu Kongresowi Gospodarczemu. W budynku chcieli założyć skłot, jednak zostali z niego usunięci siłą przez grupę policyjną po nieudanej próbie negocjowania warunków opuszczenia obiektu.

Na profilu Fundacji Napraw Sobie Miasto w serwisie społecznościowym Facebook pojawił się następujący wpis: „Gospodarz obiektu (Urząd Miasta), działający w naszym imieniu – współwłaścicieli tego pustostanu (mieszkańców Katowic), nie ma pomysłu na jego zagospodarowanie. Gdy do budynku wkracza grupa anarchistów, dając sygnał, że chce w kamienicy działać, to zamiast partnerów do rozmowy pojawiają się antyterroryści.”. Uwaga ta była szeroko komentowana, m.in. w taki oto sposób: „Nie wiem, czy dobrze rozumiem. Ktoś zajmuje czyjąś własność, wchodzi do niej nielegalnie i fundacja to pochwala?”.

Nie mam pojęcia, jakie stanowisko zajęłaby Fundacja jako całość, ponieważ nie zostało ono wypracowane i uzgodnione. Będąc członkiem jej Zarządu czuję się wywołany do tablicy, choć powyższe pytanie poruszyło mnie jako mieszkańca Katowic i w ten sposób chcę się do niego odnieść. Odpowiadam, zaznaczając wyraźnie, że nie będę pisał o tym, czy pochwalam czyjekolwiek działania, ani tym bardziej ich oceniał. Nie czuję się do tego uprawniony, a ponadto uważam, że ta kwestia odsuwa nas od istoty rzeczy. Gra toczy się o wyższą stawkę.

Po pierwsze, działania Antykongresu dotyczą nie tyle imprezy odbywającej się w Międzynarodowym Centrum Kongresowym, ale porządku społeczno-ekonomicznego, który to wydarzenie ucieleśnia. Podobnie wejście do opuszczonego obiektu położonego w centrum miasta należy odczytywać jako gest polityczny, a nie próbę złamania prawa, która niesfornej młodzieży przynosi perwersyjną przyjemność z przekraczania granic wyznaczonych przez rodziców. Anarchiści nie są rozwydrzonymi dziećmi, a aparat policyjny państwa nie jest ich opiekunem, choć zapewne podobna metafora pobudza wyobraźnię konserwatywnie nastawionej części naszego społeczeństwa.

Po drugie, wspomniany budynek nie jest „czyjąś własnością”, ale nieruchomością komunalną. Czy to czyni go czymś specjalnym? Tak, ponieważ zagospodarowanie i wykorzystanie tej kamienicy – nie chodzi mi tylko o jej stan techniczny – ogniskuje, w jaki sposób zarządzamy sprawami publicznymi. To, co należy do gminy, tak naprawdę jest współwłasnością wszystkich jej mieszkańców, więc interwencja w tym miejscu to moim zdaniem dyskusja o sferze publicznej. Próba wychodząca z pozycji słabości, a nie siły. Takich rozmów jest niestety mało i chyba warto zatroszczyć się o każdą z nich, gdyż są ważniejsze niż nasze dobre samopoczucie, oparte na moralnej wyższości.

Po trzecie, zrozumiała jest troska o pełne rozstrzygnięcie i uregulowanie przepisami wszystkich dziedzin ludzkiej aktywności oraz ich skrupulatne przestrzeganie, ponieważ ułatwia nam to codzienne funkcjonowanie. Jednoznaczność takiego wysiłku narusza jednak spojrzenie w przekroju czasowym na rozwój systemu prawnego oraz refleksja nad tym, w czyim interesie ustanawiane są konkretne ograniczenia, a kogo wykluczają.Tę lekcję warto odrobić, żeby to, co polityczne, nie myliło nam się z tym, co prawne, a gorset regulacji nie był interpretowany jako konieczność dziejowa, blokująca zmiany społeczne. Nie od dziś wiemy, że ktoś bardzo konkretny musi o nie zawalczyć, żeby później inni mogli od tego odcinać kupony i cieszyć się lepszym, wygodniejszym i bardziej sprawiedliwym życiem.

Po czwarte zatem, nie duśmy tych „miejsc”, które pozwalają nam zadawać pytania, kwestionować istniejący porządek, zastanawiać się nad alternatywnymi rozwiązaniami. Dlaczego należy o nie dbać, nawet gdyby nie wydawało nam się to na pierwszy rzut oka oczywiste? Najlepszego argumentu dostarcza francuski filozof Michel Foucault, który podobne przestrzenie nazywa heterotopiami i przyrównuje do okrętów: „w cywilizacji bez statków marzenia wysychają, szpiegowanie zajmuje miejsce przygody, a policja przychodzi na miejsce piratów” (Inne przestrzenie).


Paweł Jaworski

niedziela, 8 lutego 2015

KULTURA W DZIELNICACH


Katowice reklamowały się niegdyś hasłem „miasto wielkich wydarzeń”, dziś niewiele się zmieniło, włodarze nadal inwestują w duże imprezy, ale także w duże instytucje skupione na osi kultury. Tymczasem w dzielnicach dzieje się albo wielkie nic, albo małe coś.

Przykładów na „małe coś” jest kilka, poczynając od Teatru Żelaznego, który początkowo działał w hali dworca na Ligocie, a w ostatnim czasie przeniósł się do budynku na stacji kolejowej w Piotrowicach. Pierwsza lokalizacja wiązała się także z akcjami fundacji Napraw Sobie Miasto, której jednym z pierwszych celów było posprzątanie, czy bardziej umycie, dworca.

Sam jestem inicjatorem nieformalnej inicjatywy Pobudka Koszutka, w ramach której wspieramy lokalne akcje kulturalne, a sami organizujemy między innymi festyn sąsiedzki. Festyn nietypowy bo bez piwa i disco polo, ale z warsztatami i kameralnymi koncertami. Chcemy promować i rozwijać jakościowe wydarzenia i pomysły.

Oba podane przykłady bardzo dobrze radzą sobie zarówno w opinii mediów, jak i mieszkańców, oba są też wynikiem działań społeczników i nie są inspirowane przez włodarzy miasta. Trzeba to mocno podkreślić, bowiem instytucje, które powinny się takimi zadaniami zajmować, czyli miejskie domy kultury oraz biblioteki dzielnicowe, działają biernie i zachowawczo. Te pierwsze organizują najczęściej zajęcia dla dzieci według klucza plastyka-teatr-taniec oraz spotkania z podstarzałymi gwiazdami dla dorosłych, a te drugie… dobre pytanie. Nie wiem co robią, oprócz magazynowania książek.

Dzielnicowe instytucje kulturalne w Katowicach, zapadły w długi sen zimowy gdzieś na początku lat 90. Organizują wątpliwej jakości i świeżości wydarzenia dla dzieci, którym najłatwiej jest wepchnąć cokolwiek, bo to rodzice decydują o ich uczestnictwie.

Jeżeli, ktoś jest w miarę świadomym odbiorcą kultury to na koncerty, spotkania autorskie, warsztaty czy spektakle udaje się do centrum. I nie ma się co dziwić, jeżeli nikt nie ułatwia pracy organizatorów ewentualnych "małych” wydarzeń w dzielnicach, to ci jeżeli już coś robią to właśnie w centrum. To tam mają kluby ze sprzętem nagłośnieniowym, to tu mają odpowiednie przestrzenie i w końcu to tu najłatwiej przyciągnąć ludzi, którzy krążą między szkołą, pracą, a knajpami.

Kiedy pod koniec dziewiętnastego wieku, bogaci mieszkańcy Soho przeprowadzili się na Manhattan, niegdyś elegancka dzielnica zaczęła zamieniać się w slamsy, zamieszkiwanie przez pracowników fabryk. W XX wieku zakłady pracy upadły, a rosnącą liczbę pustostanów zaczęto wynajmować artystom na pracownie i tanie mieszkania. Dziś to jedna z najdroższych dzielnic Nowego Jorku.

Kultura i wszelkie działania artystyczne, a zwłaszcza te małe, są świetnym narzędziem rewitalizacyjnym dla dzielnic. Oprócz wspomnianego Soho, mamy jeszcze przykłady: warszawskiej Pragi, berlińskiego Kreuzbergu, drezdeńskiego Neustadtu i wielu innych miast korzystających tego sprytnego patentu. Katowice dalej żyją w krakowskim przekonaniu, że śródmieście jest centrum kulturalnym i nic nie zapowiada zmiany w myśleniu włodarzy i większości mieszkańców. No nic oprócz kilku małych, maleńkich jaskółek.

Sebastian Pypłacz

poniedziałek, 2 lutego 2015

PRYWATYZACJA KULTURY


Są różne rodzaje prywatyzacji dobra wspólnego, a także procesu jego wytwarzania, ponieważ to dobro nie zawsze jest fizyczną rzeczą. Najczęściej gorszymy się agresywnym i widocznym zawłaszczeniem przestrzeni publicznej, którego dokonują na przykład właściciele działek podczas grodzenia przyległej części parku. Takie działanie słusznie nas oburza, ponieważ teren z definicji należy do wszystkich i jako taki powinien pozostać otwarty.


Schemat podobny do powyższego, ale ukryty w subtelniejszej i trudno rozpoznawalnej formie, możemy odnaleźć w sytuacji, gdy zadania publiczne jakiegokolwiek typu są w całości zlecane podmiotom zewnętrznym. Osoby, firmy lub organizacje pozarządowe – postrzegane jako „eksperci” – wykonują wówczas usługi w zakresie pomocy społecznej, działalności kulturalnej, czy planowania przestrzennego, nad czym jako mieszkańcy powoli tracimy kontrolę. Łatwo nad odmówić wtedy dostępu  do narzędzi nadzoru, ponieważ nie jesteśmy „profesjonalistami” i jako tacy nie znamy się na rzeczy.


Do czego to prowadzi i dlaczego tak się dzieje? Skutki i intencje mogą być oczywiście różne. Z jednej strony, celem decyzji o powierzeniu realizacji konkretnego projektu może być podniesienie jego jakości, a jej uzasadnieniem brak odpowiednich środków lub kompetencji. Jest to zrozumiałe i godne pochwały. Z drugiej strony natomiast, możemy mieć do czynienia z mechanizmem delegowania odpowiedzialności za sprawy kontrowersyjne na wykonawcę (pracowników społecznych, artystów lub urbanistów), do którego później kieruje się pretensje mieszkańców. W ten sposób rozmywa się polityczny walor rozporządzania sprawami wspólnoty, który powoli zamienia się w proces technokratyczny. To sprytna strategia pozbywania się problemu i unikania krytyki.


Czy te rozważania pomogą nam odnieść się do problemu zarządzania kulturą? Zatem...


Po pierwsze, warto zadbać o samorządowe instytucje kultury i ich profesjonalny charakter, co wcześniej analizował Michał Kubieniec. Organizujmy jednak publiczne i otwarte debaty przed wyborem ich szefów. Wtrącajmy się także do dyskusji o programie, który później proponują, o czym już wspominaliśmy po doniesieniach prasowych o odwołaniu Dominika Abłamowicza z funkcji dyrektora Muzeum Śląskiego. Opisane sprawy to sfera publiczna, a właściwie jedno z najważniejszych jej pól.


Po drugie, zlecajmy wykonanie zadań publicznych w dziedzinie kultury organizacjom pozarządowym, które mogą dysponować lepszym zapleczem logistycznym lub merytorycznym do ich przeprowadzenia, a także skuteczniej sieciować inicjatywy nieformalne. Zwróćmy więc uwagę chociażby na domy kultury prowadzone przez stowarzyszenia (INSPIRO w Podłężu).


Po trzecie, wspierajmy w sposób niefinansowy działania przedsiębiorców, którzy oprócz działalności komercyjnej próbują (re)animować życie ulic śródmiejskich. Przykładów z centrów polskich miast mamy bardzo dużo, co pozwala śledzić wzajemne wspieranie się ofert wydarzeń w przestrzeni publicznej i prywatnej lub konsekwencje jego braku (katowicka ul. Mariacka).


Po czwarte, twórzmy przestrzeń dla działań oddolnych, które inicjują spontanicznie sami mieszkańcy i użytkownicy miasta. Niekoniecznie muszą to być środki finansowe, co pozwoli jednak w pełni zrozumieć dopiero dokładna diagnoza oczekiwań i potrzeb.


Na koniec dwa zastrzeżenia. Mój tekst nie służy do obrony konkretnych decyzji dotyczących struktury instytucji kultury. Tym bardziej nie dowodzi, że którakolwiek z powyższych dróg jest lepsza od innej. Jest głosem, który wyrasta z przekonania, że o sprawach WSPÓLNYCH powinniśmy WSPÓLNIE rozmawiać, nie myląc jednocześnie kontroli społecznej z cenzurą. Powinniśmy debatować o wszystkich problemach bez różnicy, ponieważ tak jak rozbudowa układu drogowego jest problemem inżynierskim dopiero na samym końcu procesu jej planowania, tak też dzieje się w kulturze. Zarządzanie tą sferą jako procesem to dyskusja o tym, w jakim mieście chcemy żyć.


Paweł Jaworski


piątek, 23 stycznia 2015

KULTURA JEST WAŻNA DLA ROZWOJU MIASTA


O znaczeniu kultury dla rozwoju miasta mówi się w Polsce od dobrych kilku lat. Największe natężenie dyskusji i widoczności tego zagadnienia mogliśmy obserwować w trakcie starań jedenastu dużych polskich miast o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku. Przekładało się to również na wzrost środków finansowych przeznaczanych z budżetu miast na kulturę oraz powoływanie nowych, funkcjonujących często na trochę innych zasadach niż wcześniej instytucji kultury oraz wyraźnie widoczne zabieranie głosu oraz działanie coraz młodszych ludzi o „świeżym spojrzeniu”. Po zakończeniu konkursu i ogłoszeniu Wrocławia zwycięzcą natężenie systematycznie spada, ale nie zanika, a dyskusje przybierają trochę innych tok.
Aktualnie kultura powraca najmocniej w kontekście tworzonej przez Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju Krajowej Polityki Miejskiej. Coraz poważniej kontynuowane są bowiem dyskusje o znaczeniu dla miasta polityki kulturalnej. Świadczy o tym między innymi powołanie przy Narodowym Centrum Kultury Zespołu ds. Miejskich Polityk Kulturalnych, zaangażowanego między innymi w konsultowanie ministerialnego dokumentu. Ów zespół w artykule „Kultura dla polityki miejskiej” podkreśla znaczenie kultury dla rozwoju miasta. Upatruje w niej źródeł umożliwiających wzmocnienie procesów rozwojowych oraz łagodzenie negatywnych skutków (…), [ponieważ – przyp. M.F.] tworzenie polityki kulturalnej i rozwój kultury należy uznać za jedno najbardziej skutecznych narzędzi uspójniania społeczności, a więc realizacji idei zrównoważonego rozwoju. Poza tym zdaniem Zespołu wykorzystywanie kultury i polityki kulturalnej jako czynnika rozwoju przyczynia się do włączenia mieszkańców w życie miasta, wzrostu atrakcyjności i konkurencyjności miasta, tworzenia więzi społecznych i zakorzenienia, sukcesu wszelkich procesów ingerujących w przestrzeń publiczną oraz pogłębienia współpracy międzysektorowej. To mocne argumenty, przemawiające za koniecznością wprowadzenia tak naprawdę systemowych rozwiązań, które pozwoliłyby na realizowanie działań kulturalnych, przyczyniających się do realnych zmian w mieście.
Widać tutaj wyraźnie, że kultura jest w Polsce interpretowana przede wszystkim jako narzędzie zmiany. Możemy mówić o zmianie społecznej, a nawet politycznej, niemniej wyraźnie oczekujemy zmiany, ale także coraz bardziej chcemy się w nią angażować. Kultura bowiem już dawno zatraciła swój elitarny charakter i coraz częściej jej tworzenie polega na budowaniu rzeczywistego, a czasami aktywnego uczestnictwa. Poza tym, jak słusznie zauważa Bożena Gierat-Bieroń, wzrastają w Polsce poczucie współodpowiedzialności za kulturę oraz aspiracje do współzarządzania kulturą w mieście, ponieważ kultura to przede wszystkim ludzie – ludzie w niej uczestniczący i ją tworzący.

Szczególnie istotna jest tutaj rola tych ostatnich, którzy nierzadko stoją przed przeciwnościami nie do przeskoczenia. Właśnie dlatego wspominane już systemowe rozwiązania są tak ważne, a zaraz za nimi wzrost środków finansowych w budżetach miast. Równie ważne jest zwiększenie zainteresowania finansowaniem przez podmioty prywatne. Miasto atrakcyjne pod względem oferty kulturalnej, to miasto oferujące z reguły wysoką jakość życia. Kultura bowiem nie tylko jest narzędziem zmiany, ale odzwierciedla rozwój miasta w innych obszarach. Ten rozwój jednak nie powinien być narzucany z góry. Kluczowy jest tutaj głos mieszkańców, którzy najlepiej wiedzą czego potrzebują w mieście, by chcieć w nim żyć i dobrze się w nim czuć. Miejska polityka kulturalna powinna mieć zatem ludzkie oblicze, bo bez tego nasze wielkie marzenia o idealnych do życia miastach nigdy nie zaczną być realizowane. Nie oczekujmy jednocześnie, że zmiana w podejściu do kultury w polskich miasta odbędzie się bez naszego udziału i już dziś zabierajmy się do pracy.

Martyna Fołta- Kulturoznawczyni, kurator. Prezes Stowarzyszenia Moje Miasto. Mocno zaangażowana w starania Katowic o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Przygotowuje na Uniwersytecie Śląskim pod opieką dr hab. prof. UŚ Marii Popczyk  rozprawę doktorską pt. "Estetyka a polityka. Sztuka współczesna w miejskiej przestrzeni publicznej". W kręgu jej zainteresowań znajdują się: muzeum, kuratorstwo, sztuka współczesna, filozofia, estetyka, miasto, przestrzeń publiczna, społeczeństwo, polityka kulturalna oraz zarządzanie kulturą.

środa, 21 stycznia 2015

DLACZEGO POTRZEBUJEMY MIASTA OGRODÓW


Instytucja Kultury Katowice – Miasto Ogrodów powstała z dawnego biura ESK Katowice 2016, koordynującego działania w konkursie Europejskiej Stolicy Kultury. Konkurs zakończył się przegraną Katowic, jednak miasto podjęło decyzję o zachowaniu instytucji i kontynuacji wdrażania stworzonego przez nią programu. Oczywiście program miał być realizowany w skromniejszym wymiarze. Dzisiaj zdania na temat  funkcjonowania instytucji są bardzo różne. Część osób nie widzi sensu w utrzymywaniu kolejnego molocha urzędniczego. Inni domagają się odmiennego podziału środków finansowych na kulturę, odbierając tym samym środki IK KMO. Niektórzy chcieliby, żeby instytucja organizowała liczne imprezy o wysokim poziomie artystycznym, które byłyby rozpoznawalne i promowały miasto. Zdarzają się również głosy o potrzebie sprofesjonalizowania biura, polegającego na wprowadzeniu do niego kuratorów, pracowników kultury czy menadżerów z wiedzą i doświadczeniem, a nie tylko studentów kulturoznawstwa (sam nim kiedyś byłem, żeby nie było). Natomiast władze miasta bezkrytycznie bronią swoich decyzji twierdząc, że IK KMO robi bardzo dużo dobrego dla miasta. Między tymi wypowiedziami znajduje się instytucja z ogromnym potencjałem, realizująca ciekawe projekty, jednak według mnie nie do końca wiedząca, w którą stronę podążać.  

Oczywiście możemy IK KMO zamknąć i zaoszczędzić trochę grosza. Wydaje mi się jednak, że na tle innych instytucji kultury w tym mieście i tak wypada ona nadzwyczaj dobrze. Miałbym paru innych i ciekawszych faworytów do likwidacji. Możemy również postawić na wielkie wydarzenia i światowych artystów. Stworzyć coś na kształt Krakowskiego Biura Festiwalowego. Tylko czy naprawdę chcemy w mieście festiwalizacji kultury? I czy mamy publiczność, która będzie z niej korzystała? Na pewno uzyskamy medialny sukces, ale czy zajdzie jakakolwiek społeczna zmiana w naszym mieście? Czy grupa aktywnych uczestników życia kulturalnego się powiększy? Śmiem twierdzić, że nie. Na pewno trzeba rozmawiać o profesjonalizacji biura czy podziale środków na kulturę w mieście, bo to tematy ważne. Pierwszy to sprawa priorytetowa dla każdej instytucji, która chce dobrze wypełniać swoje zadania. Drugi jest niezbędny dla zdrowego funkcjonowania kultury w mieście. Przede wszystkim jeśli nie chcemy jej monopolizacji. Tylko rozmawiajmy o tym rzeczowo i w oparciu o fakty, a nie emocje i chęć ugrania prywatnego interesu. Bo kultura to wspólna sprawa. Moim zdaniem w tej całej dyskusji nie zadano dotychczas najważniejszego pytania. Jakiej kultury chcemy i potrzebujemy w Mieście Ogrodów?  

Instytucja Kultury Katowice – Miasto Ogrodów może być ważna i potrzebna dla miasta. Musi jednak odpowiedzieć sobie na pytanie czym chce być i jaką kulturę chce uprawiać. Zalążki odpowiedzi, którą ja bym chciał usłyszeć już się tam znajdują. Zawierają się one w kilku realizowanych projektach, takich jak  jak Medialab, Biuro Dźwięku, Plac na Glanc czy Ambasada Młodych. Ktoś mógłby zapytać co to za projekty. Ciężko o nich gdziekolwiek przeczytać. Jaki w nich walor promocyjny? Żaden, bo to projekty niszowe, nastawione na proces, budowanie i aktywizowanie społeczności. Monotonna i żmudna praca, której efektem może być powstanie w Katowicach społeczeństwa obywatelskiego, zaangażowanego w sprawy miasta i chcącego współtworzyć kulturę w tym mieście, a nie tylko konsumującego i biernie przyglądającego się poczynaniom nielicznych aktywnych. To projekty, które według mnie w Katowicach mają sens, jeśli chcemy posiadać świadomą kultury publiczność, której aktualnie nie mamy i jeżeli chcemy zwiększyć niewielkie dzisiaj grono twórców kultury. Moim zdaniem musimy budować silne i liczne środowisko, żeby za parę lat nie okazało się, że kulturę w mieście dalej tworzy się tylko w paru instytucjach kultury, a inicjatywy oddolne można policzyć na palcach jednej ręki. Projekty takie jak Medialab czy Biuro Dźwięku kształcą ludzi z kompetencjami, którzy w przyszłości będą współtworzyć kulturalny pejzaż Katowic,wzbogacając go o nowe niezależne inicjatywy. Nawet kwartalnik KTW może stać się pismem zrzeszającym lokalnych dziennikarzy, blogerów czy pisarzy. Aktywizującym ich i dającym szanse do udziału w dyskursie o kulturze w Katowicach.

Działania IK KMO powinny iść w kierunku przekształcenia projektów na długofalowe, procesowe myślenie o kulturze.. To nisza, którą ta instytucja powinna się zająć. Tego Katowice potrzebują zdecydowanie bardziej niż kolejnego wielkiego festiwalu. Jest to misja na pewno mniej efektowna, medialna i przez to narażona na krytykę, co nie zmienia faktu, że jej rezultaty mogą być bardzo satysfakcjonujące. Tylko powolna praca z ludźmi, w dzielnicach, nastawiona na społeczną zmianę, może sprawić, że staniemy się miastem kultury i będziemy mieli dla kogo i z kim robić wszystkie te piękne imprezy, festiwale i wydarzenia w mieście. Nie tylko te hipsterskie. Choć czasem też się dobrze zrelaksować na eko pikniku, z kawusią, przy dobrej muzyce. Bez ironii. Ale najpierw sprawmy, żeby wszyscy mogli w tej kulturze uczestniczyć. I to jest najważniejsze zadanie dla IK KMO na najbliższe lata. Mam nadzieję, że uda się je zrealizować. Choćby częściowo.

Michał Kubieniec